Opowiadania. Przyszłość: Tajemnica Kryształu Krwi
1 Część
[edytuj] I rozdział
[edytuj]„O to nadchodzi ten, który przywróci dawną utraconą krew. Niegdyś rasa magiczna władająca planetą upadła, a świat poszedł naprzód. W czasach świetności rasy, w odległych czasach, trzech śmiałków opuściło swój dom, bo akceptacji nie uzyskało. Milenium później ród upadł, a słuch o śmiałkach zamilkł na wieki. Jednak, gdyby ich potomkowie by wrócili na Terrę moc czarodziejska by odżyła na nowo. Muszą jednak posiadać gen magii by historia się odtworzyła”
Ten napis widniał na pierwszej stronie w starej książce, jaką Tomasz otrzymał w dniu swoich 16. urodzin. Był to wysoki nastolatek o ciemnych włosach, niebieskich oczach i jasnej karnacji, średniej budowy ciała. Nie za gruby i nie za chudy. Nosił kremową szatę. Miała złote obszycia na krawędziach. Jego pokój, jego własne królestwo, to zagracone pomieszczenie. Wszędzie stały jakieś dziwne urządzenia. Chłopak lubił elektronikę i sztuczną inteligencję. Uwielbiał również czytać książki. Posiadał własną bibliotekę a w niej tysiące woluminów. Całe dnie spędzał na nauce astrofizyki. Jego największym marzeniem to stać się podróżnikiem w kosmosie.
Miał być to bardzo fajny dzień, jednak nie wszystko szło tak jak sobie wyobrażał. Ale wszystko po kolei. Zjechała się cała jego rodzina. Nestor rodu miał blisko 200 lat. Rzadko kiedy gdziekolwiek jeździł ze względu na podeszły wiek. Starszy Pan miał na imię Lucius. Impreza przez jego obecność była sztywna, jednak w dobrej atmosferze. Nikt nie chciał go urazić swoim zachowaniem. Ale i tak najlepiej bawił się jego starszy brat Kallikstus. tańczył w kącie w rytm delikatnej muzyki. Tomasz uważał go za chojraka, wiecznego bohatera.
Gdy przyniesiono tort solenizant uśmiechnął się od ucha do ucha. Uwielbiał słodycze, a torty to ukoronowanie jego marzeń. „Kurde zjadłbym to ciasto i nikomu bym się nie podzielił – pomyślał Tomasz – „jednak za dużo jest ludzi do podziału, więc dostanę jak zwykle mało, za mało”. Mama poprosiła go by każdemu dał po kawałku. Robot wydzielał równe, co do tysięcznych części procenta, kawałka ciasta. Tomasz podchodził do każdego i wręczał poczęstunek. W zamian za to słyszał kilku słów w ramach życzeń. Brat, gdy dostał swój tort życzył Tomkowi by zaczął częściej wychodzić z domu. Tato z uśmiechem na twarzy wręczył mu przenośny teleportuj. Był to bardzo drogi prezent. Wiedział, że ojciec nie zarabia dużo kredytów, a jednak szarpnął się na taki prezent. Przytulił go w podzięce bardzo mocno. Chciał powiedzieć, że bardzo dziękuje mu nie tylko za prezent, ale za wszystko co tej pory otrzymał. Wszyscy patrzyli na to ze wzruszeniem. Gdy przyszła kolej na nestora rodziny Tomek nie widział na jego twarzy żadnych emocji. Wydawał się być bardzo poważny jakby miał coś bardzo ważnego do przekazania. Wydawał się mu dostojny niczym dawni królowie z mitologii. Wręczył mu bardzo ładnie zawinięty pakunek. „Proszę cię dziecko otwórz to gdy będziesz sam – szepnął mu do ucho, po czym przytulił. Zawsze wydawało mu się, że ten człowiek nie jest zdolny do pokazywania jakichkolwiek emocji. W tym uścisku jednak było coś ciepłego. Poczuł bijącą od nestora rodziny szczere uczucie miłości. Gdy Tomasz odsunął się zobaczył po raz pierwszy jego uśmiech. Goście również byli miło zaskoczeni zachowaniem starszego pana, ale potem ten zrobił coś co prawdziwie każdego zaskoczyło. - No to imprezujemy – krzyknął nestor wyrywając Tomasza z zamyślenia. Stał jak wryty tak przez kilka dobrych minut, ale tak jakby nikt tego dziwnego zachowania nie zauważył. Po prostu każdy zaczął imprezować po swojemu. Gdyby dziwactwa tego dnia na tym zakończyły się zapewne nigdy by o tym nie wspominał w późniejszych czasach. Rodzice po coraz pierwszy pozwolili napić się Tomaszowi alkoholu. Wyłączyli nawet automatyczny system ochronny, aby nie przyjechały służby mundurowe. Spożywanie alkoholu przez nieletniego było bowiem nielegalne i surowo karane.
II rozdział
[edytuj]Późnym wieczorem, po tym jak wszyscy poszli do domów, wszedł do pokoju. Nie było w nim łóżka. Wyglądał na zmęczonego całym dniem. Przy ścianie naprzeciwko okna znajdował się dotykowy panel. Podszedł do niego, Nacisnął ikonkę domku i znikąd zmaterializowało się łóżko. Było ono bardzo duże i wygodne. Zajmowało niemal całe pomieszczenie. W tym samym czasie wszystkie inne urządzenia i rzeczy zdematerializowały się. Tak więc jak widzi czytelnik Tomasz mieszkał w zaawansowanym technicznie budynku. Położył się na wznak. Powoli odpływał w krainę snów. Nagle przypomniał sobie o prezencie od dziadka. Był to niezbyt duży pakunek. Wziął go do ręki. Gdy go dostał wydawał się lekki, natomiast teraz jakby przybrał na wadze. Zapewne jest to efekt zmęczenia. Odwinął ozdobny papier i zobaczył bogato zdobioną szkatułkę. Na każdym boku widniały okucia w kształcie litery V z nieznanego mu minerału. Na wieku znajdował się bezbarwny kryształ. Tomasz nie wiedział co to jest. Nie było to żadne znane mu urządzenie. Musiał być to jakiś antyk. Prawdopodobnie mogło być starsze niż sam nestor. Może należało do jego ojca czy dziadka? No i te dziwne okucia. Co oznaczała to litera V?
-Kurde wszystko to jest dziwne – powiedział na głos do siebie – Dostałem coś bardzo starego, a nie wiem co to u licha jest – zasępił się – No to jednak nestorek zażartował ze mnie jak nikt do tej pory.
Poczuł narastającą w nim złość. Rzucił prezent na łóżko i wstał. Przechadzał się chwilę po pokoju. Cały czas zastanawiał się nad tym "żartem". Ponownie wziął pudełko do ręki. Było zbudowane z cienkiej warstwy jakiejś skały. Była błyszcząca. Mógł zobaczyć swoje odbicie. I ten bezbarwny kamień. Gdy dotknął zmienił wygląd. Transformował się w panel na odcisk palca. W Tomaszu ponownie popatrzył na pudełku z żywą fascynacją. Ciekawość nakazała mu działać dalej. Gdy przyłożył kciuk okucia zatrzeszczały. Ku jego zdziwieniu wewnątrz znalazł prawdziwą papierową książkę i jakiś flakonik z dziwnie wyglądającym błyszczącym niebieskim płynem. Szybko wziął go do ręki, jednak nie znalazł żadnego przycisku do otwierania. Po kilkunastu próbach otwarcia odłożył go niezbyt ostrożnie do pudełka. Zainteresował się książką. „Kurde jaki to staroć – pomyślał – „jasna cholera po co marnować drzewa. O ile to zrobiono z drzewa”. Na pierwszej stronie był wierszyk, a może przepowiednia. W sumie nie wiedział co to jest. Czytelnik już mógł ją przeczytać, ale nie zaszkodzi ją ponownie przytoczyć:
„O to nadchodzi ten, który przywróci dawną utraconą krew. Niegdyś rasa magiczna władająca planetą upadła, a świat poszedł naprzód. W czasach świetności rasy, w odległych czasach, trzech śmiałków opuściło swój dom, bo akceptacji nie uzyskało. Milenium później ród upadł, a słuch o śmiałkach zamilkł na wieki. Jednak gdyby ich potomkowie by wrócili na Terrę moc czarodziejska by odżyła na nowo. Muszą jednak posiadać gen magii by historia się odtworzyła”.
Tomasz przeczytał to po raz drugi, trzeci i czwarty. Dalej nie mógł uwierzyć w to co przeczytał. „Jacy czarodzieje?” – głowił się – „To jest kompletnie alogiczne. Nie ma czegoś takiego. Kurde co jest? Nestor wierzył w jakieś zabobony?” – zaczął czytać kolejne strony:
Dzisiaj mija 50 lat odkąd opuściliśmy planetę. Dzięki napędowi nadprzestrzennemu dotarliśmy dalej niż ktokolwiek. Mam na imię Agamemnon Ramzes Ozyrys Volturi. Mam 75 lat. Moimi rodzicami są Książę Aro Volturi i jego druga małżonka Natalia Romanowa. Moje dzieciństwo trudno nazwać dzieciństwem. Ojciec ożenił się z moją matką, abym mógł przyjść na świat, po czym zostawił mnie samego sobie na pastwę swojej rodziny. Od zawsze chciałem opuścić ojczystą planetę, dlatego pracowałem nad technologią podróży statkiem kosmicznym. Śmiało mogę powiedzieć, że cel został osiągnięty. Wraz ze mną w 2045 roku poleciało 70 osób. Przez te pół wieku przeżyliśmy niezliczone przygody. Dzisiaj jednak podróż została zakończona. Zaleźliśmy odpowiednią planetę do zamieszkania. Od ZZiemi jest oddalona z 500 milionów lat świetlnych. Nasz nowy dom nazwaliśmy Terra Nova.
III rozdział
[edytuj]Tomasz zamknął książkę. Nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Co to jest za technologia, dzięki której w ciągu 50 lat przebyli aż 500 milionów lat świetlnych. To jest kawał wszechświata, a oni sobie "tak o" podróżowali. No dobra może nie ot tak, bo mieli jakieś przygody. A ten główny autor? Agamemnon Razmes Ozyrys?. Ma bardzo dziwne i nigdzie dotąd niespotykane imiona. Tomasz ponownie otworzył książkę na drugiej stronie. Wpatrywał się w to imię jakby zaraz miało coś się stać, wyjaśnić. Myślał, że może jak będzie gorączkowo myślał to pojawi się jakaś projekcja.
-To wszystko na nic – krzyknął po chwili wysiłku skupienia. Będąc cały czerwony na twarzy rzucił książkę do pudełka. Wieko zamknęło się tym razem bezszelestnie.
-Może jednak to nie takie prymitywne urządzenie…. – nie zdążył dokończyć, ponieważ zasnął.
IV rozdział
[edytuj]Dzień zaczął od porządnego śniadania. Uwielbiał tosty z pieczarkami i pomidorami. Wziął kilka na drogę i teleportował się do szkoły. Czekały go wielogodzinne zajęcia z fizyki, astrofizyki, a na sam koniec ta nudna historia. Większość uczniów nie przykładała zbyt dużej wagi do przeszłości. Chcieli tak jak ich rodzice czy dziadkowie podróżować po galaktyce. Tomasz chodził do jednej z najlepszych szkół średnich na planecie. W zasadzie był to ośrodek badawczy łowiący talenty wśród młodzieży. System edukacji nastawiono na rozwijanie predyspozycji. Tomasz miał ogromny talent do rozumienia astrofizyki. Nie dziwi więc fakt, że praktycznie uczył się tylko tego przedmiotu.
Klasy liczyły maksymalnie po siedem osób. Nauczyciele stanowili elitę planety. Wymagano od nich prowadzenia badań, a także pedagogicznego podejścia do uczniów. Wraz z Tomaszem do jednej klasy chodziło pięć osób. Klasa astrofizyczna znajdowała się na drugim piętrze zachodniego skrzydła budynnku. Było to obszerne pomieszczenie wypełnione szeregiem sprzętu. Gdy Tomasz wszedł do środka wszyscy spojrzeli na niego z uśmiechem. Jako pierwszy podszedł do niego Karol. Blondwłosy chłopak o zielonych oczach z uśmiechem na twarzy ryknął:
- WSIO NAJLEPSZEGO ZIOMECZKU. ŻYJ NAM 1000 LAT I PRZEBIJ NIENARUSZALNĄ BARIERĘ!
Tomasz lekko uśmiechnął się jednak nim zdążył zareagować pojawił się ich nauczyciel astrofizyki
- Tej bariery nie da się naruszyć – odezwał się surowy głos nauczyciela. Pan Moritz miał już ponad 150 lat. Uczył w szkole średniej przynajmniej od 90 lat. W żaden sposób nie myśli o emeryturze pomimo starości. Zawsze twierdzi, że emerytura oznacza dla niego śmierć z nudów – panowie jesteśmy naukowcami a nie fantastami – rzekł z pasją w głosie - Nienaruszalna bariera jak sama nazwa wskazuje jest nie do naruszenia, tak więc…
-Panie profesorze może za tysiąc lat będzie ona już dawno naruszona – przerwał Karol. Zrobił to na tyle bezceremonialnie, że pan Moritz aż dostał czerwonej gorączki. Zanim jednak wybuchnął opanował swoje emocje. Nauczycielowi przecież nie wypadało zachowywać się jak podrostek. Nie skomentował słów Karola. Skinięciem głowy nakazał mu usiąść przy pulpicie.
Lekcja minęła w spokojnej atmosferze. Tomasz liczył zapotrzebowanie energetyczne silnika statku o średniej masie by osiągnąć prędkość podświetlaną. Było to 25 tysięcy kilometrów na sekundę. Tomasz uważał, że jest to i tak mała prędkość, ponieważ gdy statek przekracza barierę prędkości światła następuje niemal krytyczny pobór energii. Tylko oporniki z kryształu powodują, że reaktor nie wybucha. Oczywiście nie powiedział nigdy na głos swoich myśli. Nie wiedział co zrobić, aby zmniejszyć ryzyko eksplozji, a ona wzrastała wraz ze wzrostem prędkości podświetlnej.
W południe zjadł drugie śniadanie. Siedział przy jednym stole ze swoimi kolegami z klasy. Karola już poznaliście. To jest najstarszy i najlepszy przyjaciel Tomasza. Od dziecka razem bawili się już w wirtualne wojny. Na prawo od Tomasza siedziała Akka. Była podziwiana przez wszystkich, ponieważ należała do rodziny pionierów lotów w daleką przestrzeni. Nic dziwnego, że powszechnie ją promowano. Na szczęście z tego powodu nie odbiła jej. Była po prostu sobą. Tomasz uważał ją za idealną kobietę. A tak w tajemnicy – to podkochiwał się w niej. Akka zawsze nosiła czarne ubrania. Miała czarną skórę, brązowe włosy, ale różowe tęczówki. Pomiędzy Akką a Karolem siedział Rubeus. Nikt nie wiedział dlaczego chodzi do klasy astroficznej. Zupełnie nie interesowały go kwestie kosmosu. Uwielbiał sport i to jemu poświęcał jak najwięcej czasu. Zdawał jednak na wszystko na dobrym poziomie. Tomasz uważał, że gdyby przyłożył się do nauki to byłby najlepszy w klasie. Rubeus znacznie górował wzrostem nad kolegami z klasy. Zawsze nosił czapkę z daszkiem. Na przerwach ciągle słuchał muzyki, mimo to zawsze wiedział o czym jest rozmowa. Uczestniczył w niej tylko gdy go zainteresował go jakiś temat. Na lewo od Tomasza siedział Sigridius. Powszechnie znany jako „mózgowiec”. Nie widział świata poza nauką. Nawet wolny czas spędzał przy komputerach. Nigdy nie dbał o takie przyziemne sprawy jak wygląd. Ledwo co można było zobaczyć, że ma zielone włosy i niebieskie oczy. Nikt nie wiedział skąd u niego taki naturalny kolor. Sam Sigridius zawsze odpowiadał opryskliwie osobie, która zapytała się czy to jest mutacja. Nawet kiedyś pan Moritz usłyszał kilka cierpkich słów. I ostatnia z klasy to Babette. Piękna i krucha dziewczyna. Poświęciła się nauce po śmierci matki. Ubierała się na czarno. Zafarbowała również włosy na ten kolor na znak żałoby.
V rozdział
[edytuj]- Wiecie co zastanawiał się co by się stało gdybyśmy przekroczyli nienaruszalną barierę – zapytał na głos Karol przerywając wszystkim posiłek w ciszy. Jako pierwsza do niego odezwała się Akka
- Karolku tę niezwykle poważną kwestię powinieneś omówić z panem Moritzem. W końcu jest to specjalista od nauki zajmującą się zagadaniem prędkości od blisko 120 lat.
- Jasne... Tak, aby mnie ten staruszek zeżarł na śniadanie za sianie debilizmu? – zapytał Akkę całkiem poważnym głosem
- Uważam tylko, że po to jest szkoła, abyśmy nauczyli się odróżniać rzeczy możliwe od niemożliwych – popatrzyła krytycznie na Karola – Karol mamy być przyszłą elitą. Takimi sprawami zajmij się po doktoracie. Teraz ucz się podstaw.
Gdy skończyła to zdanie wstawała od stołu i poszła w swoim kierunku. Tomasz w zasadzie ich nie słuchał. Gdy tylko Karol zaczął dyskusję pomyślał, o tym co przeczytał w tej tajemniczej książce. 500 milionów lat świetlnych w zaledwie 50 lat...
O godzinie 13. wrócił na zajęcia z astrofizyki. Pan Moritz postanowił im dzisiaj opowiedzieć historię jak człowiek doszedł prędkości nienaruszalnej bariery. Uważał, że musi to zrobić, ponieważ doszły do niego słuchy, że uczniowie cały czas myślą o teorii jej przekroczenia. Nic bardziej nie jest niebezpieczne dla naukowca niż pójście na manowce i utratę cennego czasu na rzeczy zupełnie niepotrzebne.
Gdy tylko wszedł do klasy nastała natychmiastowa cisza. Uczniowie parzyli na niego tak jak zwykle – z powagą i z zaciekawieniem. Gdy tylko podszedł do pulpitu włączył hologram z historią astrofizyki.
-Szanowni państwo. Zanim zaczniemy kontynuację materiału, to czas wejrzeć w historię. Podróże statkami kosmicznymi należą do jednych z najbardziej ekscytujących i przy tym bardzo niebezpiecznych. Ja sam nie raz leciałem pomiędzy naszymi koloniami. Zgodnie z naszym planetarnym prawem podróż pomiędzy naszymi koloniami nie może trwać dłużej niż 24 godziny. Po raz pierwszy bariera prędkości światła została przekroczona 1267 lat temu. Tę prędkość nazywamy P1. Niebawem założyliśmy nową kolonię o nazwie…ktoś wie? – zapytał uczniów Pan Moritz sprawdzając w ten sposób czy wszyscy go słuchają.
-Kolonia pierwotnie nazywała się Lykania – odpowiedziała Akka – obecnie to Volturia. Pochodzenia nazwy nie znamy. Widnieje w tekstach starożytnych.
-Dokładnie Akko – powiedział z uśmiechem Pan Moritz – bo i my jesteśmy kolonistami na tej planecie. Żyjemy na niej około 4000 lat. A skąd my dokładnie pochodzimy to nie do końca wiemy skoro dopiero po trzynastu wiekach zaczęliśmy podróżować z prędkością P1 – zrobił chwilę pauzy, aby zbudować jakieś napięcie, ale uczniowie słuchali go uważne, jednakże bez emocji, jakby o wszystkim wiedzieli o czym teraz mówi – Wiem, że wy o tym wiecie. W końcu należycie do elity tej szkoły. Przejdę dalej. Prędkość P2 została osiągnięta 11 lat później. Ile wynosi P2 – zapytał uczniów.
- Prędkość ta to trzykrotność prędkości światła – odpowiedział Tomasz – czyli jest to 900 tysięcy kilometrów na sekundę.
- Bardzo dobrze Tomaszu – Pan Moritz uśmiechnął się do Tomasza, po czym kontynuował swoją historię. – Jak zapewne wiecie człowiek to istota, która zawsze dąży do pokonywania swoich ograniczeń. Dlatego wy dyskutujecie o przekroczenie nienaruszalnej bariery. Powoli się zbliżamy do odpowiedzi dlaczego nie jesteśmy w stanie tego zrobić. – Po kolejnej pauzie kontynuował lekcję o podróży ponad prędkością światła.
-Ludzie jednak chcieli odkrywać kolejne planety, obserwować jak działa wszechświat. Jednak należy jasno powiedzieć, że P2 nie należała do zbyt szybkich i odpowiednich do długich wypraw. Przez kolejne lata naukowcy głowili się na tym w jaki sposób osiągnąć kolejny poziom pokonywania prędkości światła. Wymyślano różne napędy, które mogły pokonywać nawet o 50 tysięcy kilometrów na sekundę więcej, ale to i tak za wolno.
-Nasi przodkowie pokazali, że nie są dzikusami. Dzisiaj dostali by zawały gdyby zobaczyli jak szybko możemy latać – wtrącił Sigridius. Nie mógł już wytrzymać siedzenia w ciszy. Potrafił do każdej rozmowy dorzucić kilka uwag. Nieważne czy miały sens. Ważne, że coś powiedział. Ta niespodziewana uwaga, jednak nikogo nie rozbawiła. Przede wszystkim Pana Moritza, który jasno mu powiedział co myśli o jego przerywaniu zajęć.
-Ja rozumiem, że musi pan od czasu do czasu wrzucić jakąś głupią i nikomu niepotrzebną uwagę, ale jakby byłby pan miły i przestał gadać kiedy nie potrzeba to każdy by na tych zajęciach skorzystał – powiedział Pan Moritz srogim tonem – czy to dla Ciebie jest zrozumiałe?
Sigridus jak nigdy zapłonął rumieńcem. Mało kto go ochrzaniał za to co mówił. Po prostu lekceważono go. Nauczyciel, jednak nie miał ochoty na żarty co jasno mu pokazał. Tomasz przyznał Panu Moritzowi rację. Nie przeszkadza się takiemu specjaliście w prowadzeniu zajęć. Pomimo że mówił mu o rzeczach bardzo znanych to zaczął myśleć jaką technologią dysponował Agamemnon Volturi, że w ciągu 50 lat przebył 500 milionów lat świetlnych. Nie dawało mu to spokoju. Jeden rok świetlny to już 9,5 biliona kilometrów. A 500 milionów to 4 tryliardy 750 trylionów kilometrów. Wiadomo, że przy P2 ich statek przy nieprzerywalnej podróży pokonałby 283 biliony 824 miliardów kilometrów. Przy kolejnych poziomach dystans wydłuża się, ale to i tak za mało. Tomasz tak zamyślił się, że nie zauważył Pana Moritza przed sobą. Dopiero głos nauczyciela ocknął go z zamyślenia.
-Tomaszu!...Tomaszu! – mówił głośno Pan Moritz – o czym tak myślisz?
Cała klasa patrzyła na niego. Musiał wyglądać komicznie. Szybko zebrał się w sobie. Przeprosił nauczyciela za swoje zachowanie nie zdradzając o czym tak gorączkowo myślał. Pan Moritz również nie dopytywał, ale nie znaczy, że odpuścił tę chwilę dekoncentracji. Sam Tomasz również o tym wiedział. Teraz będzie musiał wytrzymać grad pytań.
-Skoro już pan Tomasz jest wśród nas to może nam powie coś o prędkości P3?
„No nic będę musiał teraz poprodukować się nad odpowiedzią. Jednak muszę zrobić to konkretnie czy może opisowo? – pomyślał. Po chwili zastanowienia postanowił, że będzie to prosty strzał w punkt.
-P3, czyli trzeci stopień napędu osiąga prędkość 2 miliony 700 tysięcy kilometrów na sekundę. W porównaniu do poprzedniego jest trzy razy i do pierwszego dziewięć razy szybszy niż ten pierwszego typu napędu. Wynaleziono go 127 lat po osiągnięciu prędkości światła.
-Dobrze – podsumował Pan Moritz. Popatrzył na swój holozegarek – Szanowni państwo czas nam się właśnie kończy, dlatego bardzo proszę, abyście w domu przeczytali informacje o napędzie typu P. Następnie napiszecie z tego tematu egzamin. Bardzo proszę podejść do tematu bardzo poważnie. Nie będę tolerował żadnych opóźnień czy wygłupów. Macie pisać własnymi słowami
Klasa szybko wyszła z sali. Reszta dnia minęła całkiem przyjemnie. Uczniowie mogli odpocząć na basenie czy w holu aerodynamicznym. Tomasz skorzystał z drugiej opcji. Uwielbiał robić ewolucje w powietrzu. Czuł się tam wolny i wyobrażał sobie, że odbywa właśnie swój pierwszy spacer w przestrzeni kosmicznej nad macierzystą planetą. Korzystanie z tunelu nie zawsze było to bezpieczne. Zdarzały się groźne zderzenia. Na miejscu było pomieszczenie medyczne, dlatego nawet jeśli ktoś złamał w kość miał ją tam od razu składaną w parę sekund. Tylko Tomasz skorzystał z tunelu, natomiast pozostała część klasy poszła na basen.
VI rozdział
[edytuj]Wieczorem usiadł do lekcji zadanych przez pana Moritza. Rzadko kiedy im cokolwiek zadawano do domu. Uważano, że szkoła jest miejscem do nauki, a dom do odpoczynku. Astrofizyka, jednak ciekawiła Tomasza, dlatego chętnie wziął się do nauki. Chociaż z drugiej strony miał ochotę przeczytać co tam pisał dalej ten cały tajemniczy Agamemnon Volturi. Przez chwilę walczył sam ze sobą.
- Chyba jak chwilę poczytam księgę od nestora to nic nie stanie się złego. Przecież lekcje wcale mi nie uciekną. Chociaż historia napędu P też trochę zajmie mi czasu - myślał gorączkowo. Po chwili namyślania się postanowił rzucić kostką co wybrać. Był to stary zabobonny sposób podejmowania decyzji. Oczywiście niezbyt logiczny czy inteligentny, bo to jest ślepy traf. Tomasz obstawił, że jak wyrzuci liczbę parzystą to czyta księgę od nestora, a jak nieparzystą to odrabia lekcje. Statystycznie obie mają równe szanse. Gdy wypadła trójka Tomasz wziął się za odrabianie lekcji.
W szkole skończyli mówić o prędkości P3, czyli 2700 tysięcy kilometrów na sekundę. Najdalsza planeta układu planetarnego była oddalona o 4125 milionów kilometrów. Z tą prędkością statek leciałby 25 minut i 27,6 sekund by dotrzeć na Oculos. Tak więc zasięg floty powiększył się i jeszcze dalej się mogły eksplorować przestrzeń. Kolejny układ planetarny "Octanus" znajdował się blisko. Oczywiście w skali kosmicznej, bo zaledwie 2 lata świetlne. Statek przy P3 leciałby aż 80 dni. Przy prędkości P3 pokonywało się 0,025 roku świetlnego w dobę. Do nowego układu pierwszy statek dotarł 145 lat po przekroczeniu bariery prędkości światła. Przez kolejne lata docierały tam kolejne misje, aż w końcu 30 lat później założono stałą bazę na piątej planecie od gwiazdy, w tak zwanej złotej strefie, gdzie życie mogło rozwijać się gdzie nie ani za ciepło, ani za zimno. W tym czasie podejmowano próby unowocześniania napędu, dzięki temu statek „Corvinus” osiągnął prędkość P4. Dotarł do kolonii w ciągu zaledwie lekko ponad w 16 dni. Wzrosła więc liczba dalekich ekspedycji. Skolonizowano także kilka asteroid pełnych potrzebnych surowców, aby nie niszczyć zasobów naturalnych planet. Tomasz zapisał w notatkach, że statki poruszały się z prędkością 13,5 milionów kilometrów na sekundę, pięć razy szybciej niż przy P3. Wracając do tematu, to naukowcom nie spieszyło się by ulepszyć napęd do kolejnego poziomu. Cywilizacja opływała w luksusach i miała ogromne pokłady głównego surowca energetycznego w postaci kryształów paliwowych. Jądro tej planety jest zbudowane z tego minerału. Jest ono nawet kilkaset razy cięższe niż żelazo czy nikiel. W skorupie znajdowały się jego miliardy ton. Tak samo było w koloniach. Tomasz zanotował kolejną ważną informację, że asumptem do badań nad ulepszeniem napędu doprowadził konflikt zbrojny. W 425 lat po osiągnięciu prędkości światła napotkano gadzi gatunek. Byli ono wrogo nastawieni. W prawdzie dysponowali mniej zaawansowaną technologię, to jednak mieli znaczną przewagę liczebną. Koegzystencja w pokoju nie było możliwa. Wybuchła więc straszliwie krwawa wojna. Konflikt zbrojny uświadomił elitom, że mocno pozostali w tyle w dziedzinie rozwoju napędu. 16 dniowa podróż w czasach wojny na pewno nie pomagała wygrać. W okresie sześcioletniego konfliktu zbrojnego zginęło 4 miliony ludzi. Gady wygrały i wyparli przeciwników z układu "Octanus". Politycy wiedzieli, że na tym się nie skończy i prędzej czy później macierzysta planeta może podzielić los kolonii. W 444 lat po osiągnięciu prędkości światła dumnie ogłoszono, że „Verdinus” osiągnął P5. W ciągu sekundy pokonywał 81 milionów kilometrów na sekundę. Przeszedł do historii jako ten, który dokonał ataku wyprzedzającego na gady. Kolejna wojna trwała 20 lat. Doprowadziła do wyparcia wrogów z układu dawnych kolonii. Ludzie co raz dalej zapuszczali się w przestrzeń kosmiczną. Flota kosmiczna rosła w siłę. Jej początkowy charakter militarny z biegiem czasu zmienił się w naukowy. Było to możliwe, ponieważ dominujący do tej pory gady wróciły do swojego macierzystego układu. W dokładnie 500 rocznicę przekroczenia prędkości światła cała militarna flotylla została wyposażona w napęd P6. Dzięki temu mogły poruszać się siedem razy szybciej niż te naukowe. W sekundę pokonywały aż 567 milionów kilometrów. Niedługo potem wybuchła trzecia wojna, tym razem w ich macierzystym układzie – Sauria Magna.
Kolejna wojna należała do bardzo brutalnych. Obie strony nie okazywały sobie litości. Pochwycone załogi statków mordowano lub umieszczano w obozach pracy, a same statki wykorzystywano do rozwoju technologii. Zarówno ludzie, jak i Saurowie popełniali przy tym błędy o katastrofalnym wymiarze. Na sauryjskiej kolonii ludzie prowadzili eksperyment z rekrystalizacją kryształu paliwowego. Naukowcy przesadzili z wytworzoną mocą i doprowadzili do stopienia się napędu, w wyniku czego reaktor napędu ekslodował. Fala uderzeniowa objęła cały świat, w tym jądro planety. Podobnie jak planeta macierzysta ludzi jej jądro zbudowano było z kryształu. Wybuch doprowadził do silnej reakcji wewnątrz planety. Naukowcy nie potrafili powstrzymać reakcji łańcuchowej i jądro planety również eksplodowało. Po raz pierwszy zrozumiano, że kryształ to tykająca bomba. Ludzie w odpowiedzi zbudowali w swoim układzie planetarnym sieć ochronnych satelitów, aby nie dopuścić do podobnej sytuacji co na sauryjskiej kolonii. Oficjalnie nigdy nie powiedziano całej prawdy co się tam stało. Opinia publiczna wymusiłaby na władzach, aby porzucić tak niebezpieczną technologię. A tak dzięki zmowie milczenia naukowców i wojskowych mogli rozwijać napęd i broń. Ostatecznie Sauria została podbita w 516 lat po przekroczeniu bariery prędkości światła. Zawarto pokój. Księżyc planety został oddany ludziom. Znajdował się osiem lat świetlnych od ludzkiej planety macierzystek. To było około 6 dni lotu dla floty wojskowej. Ludzie byli świadomi, że to jest ich słabość, dlatego opracowali napęd P7. Statki mogły latać z prędkością 1 miliarda kilometrów na sekundę. Dzięki temu statki ludzi mogły znaleźć się w swojej najdalszej w kolonii w ciągu 20 godzin. Przez kolejne lata kolonia rozwijała się gwałtownie. Powstał giginatyczny przemysł ciężki jak huty, odlewnie, kopalnie. Była to typowa planeta robotnicza. Jednakże zawsze spodziewano się ataku ze strony gadów. Nigdy do końca im nie ufano. Ci postanowili natomiast nie wojować z ludźmi dopóki są za silni. Sauria Luna przez kolejne lata stanowiła okno na gadzi świat. Poprzez teleskopy prowadzono badania nad ich kulturą i zwyczajami. Przy tym ograniczono ich loty po kosmosie. Wzrosła też ingerencja ludzka w gadzi świat poprzez rozwijanie szpiegostwa i destabilizację sytuacji polityczno-społecznej.
Tak więc o to przedstawiała się historia pierwszej generacji napędu opartego na krysztale. Sam kryształ z biegiem czas był uznawany za co raz mniej stabilny do stałego wykorzystywania, dlatego ludzie zaczęli szukać dla niego alternatywy...
Tomasz wyłączył podręczniki. Zdecydowanie miał już dość. Zmaterializował łóżko i położył się na chwilę. Wrócił myślami do tajemniczej księgi od nestora. Powtórzył ponownie te olbrzymie dane. 500 milionów lat świetlnych w 50 lat. "Czyli ten cały Agamemnon nie podróżował technologią napędu opartą na krysztale” – pomyślał – „Bo nawet jakby podróżowaliby z maksymalną prędkością P7 to ciągu jednej doby przebył by 9,132 lat świetlnych. Zakładając, że nie robili żadnych przerw w ciągu tych 50 lat to przebyli by 456,6 lat świetlnych. Musieli być znacznie na wyższym stopniu technicznych”. - na chwilę zamilkł w myślach. Być może Pan Moritz wie coś więcej, ale nie chce mówić, bo nie może. Może nestor wie więcej niżli sam Tomasz myślał.
Było godzina 21 gdy zszedł na dół na kolację. Cała rodzina jadła w milczeniu. Rzadko do siebie się odzywali, ponieważ każdy zawsze był zabiegany. Kallikstus, z zawodu historyk, czytał o historii starożytnej cywilizacji ludzkiej. Mama czytała coś z dziwnych znaków, a ojciec wykonywał obliczenia. Tylko Tomasz jadł i patrzył przez okno. Przyznał w duchu, że jest to bardzo ładny wieczór. Widać nawet ten drugi mniejszy księżyc, a więc niebo jest zupełnie bezchmurne.
- Bracie o czym tak czytasz – zapytał nagle Tomasz przerywając ciszę.
- O początkach naszej cywilizacji na tej planecie – odpowiedział nie odrywając wzroku od hologramu
- A możesz tak trochę jaśniej?
- Serio interesuje Cię to – zapytał ze szczerym niedowierzaniem
- Wiesz..wbrew pozorom tak
- No dobra – wziął głęboki oddech i zaczął mówić z pasją – według najnowszych badań nasza cywilizacja jest „przyjezdna”, o czym doskonale wiemy od wieków. Nasz genotyp jest zupełnie inny niż pozostałych istot w kwadrancie. Na stan badań roku 3997 roku wiemy jedynie, że pochodzi z planety oddalonej nawet z innej galaktyce.
- Braciszku wiem jaki mamy rok, ale wiadomo coś o tej poprzedniej planecie?
- Niestety nic nie wiemy.
- W sumie przepraszam, że przeszkodziłem w czytaniu
Tomasz wrócił do swojego pokoju. Zdematerializował łóżko, a w jego miejscu pojawiło się biurko. Wziął do ręki prezent od nestora. Odciskiem palca otworzył pudełko. Książka tak jak uprzednio wyglądała na strasznie starą, bardzo starą. Postanowił przeczytać kolejne fragmenty co ten Agamemnon napisał:
Zanim doszło do czegokolwiek to planeta Terra jeszcze jak byłem młody zbliżała się ku katastrofie ekologicznej. Najpierw nastała seria następujących po sobie pandemii. Zniszczyły one nie tylko porządek społeczny, ale i osłabiły państwa. Ród Volturi w sojuszu z Lukanosami i Cullenami co raz bardziej i bardziej deprawował świat w imię władzy. Gdy miałem 10 lat nowym Wielkim Sędzią Volteru został Scypion Koniecpolski. Zastąpił na tym urzędzie mojego starszego o 29 lat brata. W sumie brat jako jeden z nielicznych w rodzinie pokazywał mi pozytywnie uczucia. To za jego sprawą zainteresowałem się astrofizyką. Chciałem stworzyć napęd, który wykorzystywałby moc czarodziejską okruchu karła z Ethenoru.
Tomasz przerwał na chwilę czytanie wpisu. Czyżby jakaś dziwna substancja lub skała są wysokokalorycznym paliwem?. Potem pomyślał o tym świecie, w której wychowywał się ten Agamemnon. Musiał być straszny i niesprawiedliwy. Swoją drogą to ten cały Łukasz, chyba Volturi, skierował zainteresowanie młodego chłopca na astrofizykę, aby oddalić go od świata polityki. Tomasz kontynuował czytanie:
W dniu 7 czerwcu 2036 roku jako 16-latek przekroczyłem prędkość świata. To było piękne uczucie. Rok później osiągnąłem już 100-krotność tej prędkości. Jednak to było zdecydowanie za mało. Prowadziłem dalsze eksperymenty na małym kawałku skały karła z Ethenoru uzyskanym ze skarba rodu Volturi. Dzięki korektorom ze złota i diamentu osiągnąłem 3 miliardy kilometrów na sekundy. Dotarłem w jeden dzień do kolejnego układu planetarnego. Nie był zamieszkany, ale jako pierwszy czarodziej i człowiek dotarłem tam gdzie nikt jeszcze nie dotarł. Dzięki mnie ród Volturi uzyskał dostęp do nieograniczonych surowców naturalnych. Rywalizacja międzynarodowa przeniosła się w przestrzeń kosmiczną. Bogate państwa i ludzie pozostali bogatymi. Reszta płaciła cenę negatywnych zmian klimatycznych na Ziemi. Czas leciał a czy chciałem czy nie stałem się najważniejszą osobą w kwestii gospodarki czarodziejów. W wieku 18 lat osiągnąłem prędkość 300 miliardów kilometrów na sekundę. Łatwo policzyć, że ciągu zaledwie lekko ponad 30 sekund mogę przelecieć rok świetlny. Niestety jest to prędkość maksymalna jaka bezpiecznie mogę osiągnąć. W innym przypadku grozi to destabilizacją reaktora silnika, a co za tym idzie w efekcie do niekontrolowanego wielkiego wybuchu.
I na tym kończył się drugi wpis Agamemnona. Wyjaśniła się sprawa jakim cudem pokonał 500 milionów lat świetlnych w zaledwie 50 lat. Jednakże z naukowego punktu widzenia istnieje takiego minerału podobnego do Ethenrou jest fizycznie nie możliwe, ponieważ naturalnie wydzielałby by tyle energii, że można by ją wyśledzić. „Chyba, że nasza cywilizacja jest na tyle prymitywna i niczego nie wykryła, bo nie potrafiła by tego zrobić – pomyślał.
Zaczynał mieć wątpliwości co do autentyczności tej książki. Wydawała się być jakimś słabym żartem ze strony nestora. Postanowił dalej nie czytać. Jeden wpis zupełnie mu wystarczył. Teraz musi skupić się na świecie realnym. Zamknął książkę pudełku, a następnie schował ją w tajnym schowku. Dochodziła już północ. Zmaterializował łóżko i poszedł spać.
VII rozdział
[edytuj]Przez kolejne dni skupił się na nauce w szkole. Uważał, że musi najpierw zdobyć podstawowe wykształcenie by brać jakiekolwiek dywagacje po uwagę. Zajęcia u Pana Moritza z historii napędów były również kontynuowane. Nauczyciel postanowił, że przejdą przez wszystkie etapy rozwoju. Dzisiaj właśnie podsumowywał wyniki egzaminu z napędu krystalicznego.
-Szanowni państwo najpierw podam prawidłowe daty. Napęd P1 powstał w 1268 roku i statki osiągały prędkość 300 tysięcy kilometrów na sekundę a na dobę 25 920 milionów kilometrów, czyli 0,0027 roku świetlnego. Jeżeli komuś wyszły takie wyniki otrzymywał jeden punkt. Napęd P2 powstał w 1279 roku. Jedenaście lat po przekroczeniu bariery prędkości świata. Statek wyposażony w ten napęd osiągał 900 tysięcy kilometrów na sekundę. W ciągu doby przebywał 77760 milionów kilometrów, co daje nam 0,0082 roku świetlnego. Napęd P3 osiągnięto w 1395 roku. Statki mogły latać z prędkością 2 milionów 700 tysięcy kilometrów na sekundę. W dobę pokonywano 233280 milionów kilometrów. Stanowiło to 0,025 roku świetlnego. Jeżeli do tej pory odpowiadaliście poprawnie to macie już łącznie trzy punkty – spojrzał na uczniów. Każdy całą swoją uwagę skupił na nim. Wiedział doskonale, że uczniowie chcą wiedzieć czy zdobyli maksymalną liczbę punktów – Teraz podam odpowiedzi na część, którą mieliście dokończyć w domu. Prędkość P4 to pięciokrotność poprzedniej. Wynosiła 13,5 miliona kilometrów na sekundę. W ciągu doby statek pokonywał 1166,4 miliarda kilometrów – czyli 0,123 prędkości światła. Osiągnięto ją w 1425 roku. Jak tam odpowiedzieliście to macie za to punkt. Prędkość P5 to siedmiokrotność poprzedniej. Statek wyposażony tym napędem leciał z prędkością 81 milionów kilometrów na sekundę. Wynaleziono go w 1712 roku. W ciągu doby okręt pokonywał 6998,4 miliardów kilometrów w ciągu doby, czyli 0,74 roku świetlnego. Napęd P6 osiągnięto w 1768 roku. Statek leciał z prędkością 567 milionów kilometrów. W ciągu doby pokonywał 5,178 lat świetlnych, czyli 48998,8 miliardów kilometrów. Szczytem rozwoju technologii w oparciu o kryształ był napęd P7. Statek osiągał prędkość 1 biliona kilometrów na sekundę. W ciągu doby pokonywał 86,4 bilionów kilometrów. I to jest 9,132 lat świetlnych.
Po chwili ciszy na tablicy holograficznej pokazał wyniki tego egzaminu. Z zadowoleniem przyznał, że bardzo się cieszy, ponieważ wszyscy uzyskali maksymalny wynik. Pan Moritz zabierał się już do rozpoczęcia nowego tematu, gdy ktoś niespodziewanie zapukał do drzwi. Do środka weszło trzech mężczyzn. Byli to chyba agenci floty kosmicznej. Pokazali coś Panu Moritzowi na hologramie. Wymieniali ze sobą kilka szybkich uwag. Musiało coś się stać i to bardzo poważnego. Nigdy nie widzieli tak poważnego nauczyciela. Nigdy też na ich zajęciach nie przychodzili agenci floty kosmicznej. Pan Moritz pospiesznie wyszedł a wraz z nim wszyscy. Tomasz zapomniał swojego tabletu graficznego, więc wrócił się do klasy. Na swoim pulpicie znalazł zgubę. Gdy już wychodził zobaczył holograficzny wyświetlacz nauczyciela. Wiedział, że nie powinien tego ruszać. Był jednak ciekawy o co chodziło, że tak wszyscy nagle musieli wyjść, a Pan Moritz jak nigdy nie wyglądał na bardzo poważnie zaintrygowanego i zaniepokojonego. Stało się coś czego nawet on nie brał pod uwagę. Powoli podszedł do biurka nauczyciela. Tomasz co chwilę oglądał się na drzwi czy ktoś właśnie w tym momencie nie wchodzi. Niestety nawet w tej sytuacji nie mógłby się wybronić, że chciał zobaczyć tajne materiały. Nikogo nie było, a jego intencje są aż nadto czytelne.
Gdy dotarł na miejsce zobaczył starego typu urządzenie. Łatwo było włączyć ostatnio widziany obraz. Hologram ukazał piękny statek z czasów ery krystalicznej. Gdy mu się przyjrzał ujrzał napis „Cadmus”. Przez chwilę wstrzymywał oddech. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Był to legendarny okręt wojenny z czasów pierwszej wojny z gadami. Zaginął gdy ludzie utracili kolonię w sąsiednim układzie planetarnym. Na historii uczono go, że gady przejęły lub zniszczyły go. Czytał również wiele opracowań naukowych, które udowadniały zniszczenie statku, ponieważ przeciwnicy nie potrafili go obsługiwać. Tomasz spojrzał na datę ostatniego logowania się statku do systemu.
Zdębiał.
Było to dzisiaj na wysokiej orbity planety.
-Ale jak to jest możliwe – pomyślał zaskoczony Tomasz – Minęło przecież dwa tysiące lat jak Cadmus zaginął w czasie wojny i nagle pojawił się znikąd. Przecież musiały go wcześniej wyłapać nasze sensory dalekiego zasięgu. Obrona układu planetarnego jest pokryta gęstą siatką satelitów obronnych, więc nie jest tak łatwo go pokonać. A automatyczne statki-roboty na pewno by zatrzymały Cadmusa, mimo że system obronny rozpoznał by go jako „swojego”, ale na pewno jest adnotacja, że zaginął lub uległ zniszczeniu. Tym razem musiało pójść coś nie tak. Ściągnięcie Pana Moritza dowodziło tego. Postanowił wyłączyć hologram i jak najszybciej wyjść. Na pewno koledzy zauważyli jego nieobecność. Odłożył hologram na miejsce. Gdy już był przy swoim pulpicie drzwi do klasy otworzyły się. Tomasz ledwo co schował się pod.
Nie wiedział ile weszło osób do klasy. Szli prosto do biurka nauczyciela. Usłyszał niewyraźne głosy szybkiej i nerwowej rozmowy. Rozpoznał tylko zirytowany głos Pana Moritza. Któryś z jego towarzyszy zażądał przeszukania pomieszczenia na wypadek gdyby ktoś wrócił się. Tomasz poczuł jak zimny pot najpierw zalewa mu twarz, ręce, a potem plecy. Wiedział, że jeśli go znajdą będzie miał poważne kłopoty. Naruszył przecież tajemnicą i to z dziedziny bezpieczeństwa planty. Nikt go nie będzie wstanie uratować. Starał się zachowywać jak najciszej, jednak nawet tego nie był pewny. Być może ci agenci mogli usłyszeć jego szybki oddech, a nawet przyspieszony rytm bicia serca. Pan Moritz jednak jasno postawił sprawę jasno – chce jak najszybciej gdzieś się udać i nie zniesie żadnego sprzeciwu. Wychodzili. Tomasz poczuł ulgę, chociaż liczył liczbę kroków. Na niewiele mu się to zdało, ponieważ nie wiedział ile osób weszło. Odczekał jeszcze kilka minut zanim cokolwiek zrobił. W końcu delikatnie podniósł rąbek niezniszczalnego obrusu sięgającego do podłogi. Nikogo nie zauważył. Powoli wysunął głowę upewniając się, że jest bezpieczny. I tym razem nikogo nie zauważył. Szybko wstał i poszedł w stronę drzwi. Teraz nie miał jak sprawdzić czy ktoś czeka na niego za drzwiami. Przez chwilę nasłuchiwał, jednak nic nie słyszał. Pewnie, dlatego, że nie przepuszczały jakichkolwiek dźwięków. Musiał zaryzykować. W końcu i tak ktoś by tu przyszedł choćby po to by posprzątać.
Nikogo nie było na korytarzu. Tomasz najpierw wysunął głowę, potem całe ciało. Postanowił jak gdyby nic iść korytarzem w stronę stołówki. Uszedł zaledwie kilka metrów, gdy ktoś złapał go za lewę ramię. Tomasz na serio przestraszył się. Już myślał, że to Pan Moritz, albo jeszcze gorzej któryś z agentów floty kosmicznej.
-Siemka stary. Co tam robiłeś – zawołał Karol szczerząc do niego. W duchu Tomasz bardzo ucieszył się, że to nie kto inny jak jego najlepszy przyjaciel.
-No siemka. A wbiłem na chwilę do środka, bo zapomniałem swój tablet graficzny
-Ej co to byli za kolo co przyszli do starego Moritza? - Zapytał nadzieją w głosie, że kumpel dowiedział się czegoś.
-Nie wiem stary – powiedział Tomasz próbując zachować beztroski ton – wiesz może coś nabroił ze 100 lat i teraz wyjaśniają sprawę.
-Ty jak coś powiesz no to wiesz.. - zrobił pauzę, po czym dodał już poważniejszym tonem, chociaż w dalszym ciągu przyjaznym. - Tak w ogóle to oni się wrócili jakby czegoś zapomnieli – Karol zrobił krótką pauzę – Czy oni nie zastali Ciebie tam w środku?
- Nie – od razu wypalił Tomasz – wiesz jak tylko wyszliśmy to zaczęło mnie boleć mnie brzuch.
- Nie było Ciebie dobrych dziesięć minut stary. Na pewno nic nie widziałeś? – tym razem Karol zapytał już zdecydowanym tonem, jakby podejrzewał, że jego przyjaciel coś ukrywa przed nim.
Tomasz przez krótką chwilę myślał jak to dobrze rozegrać. Wiedział, że Karol głupi nie jest. Złapał go jak wyszedł z klasy. Na szczęście nie zdążył schować tabletu do torby, więc miał chociaż dowód, że wrócił po niego. Toaleta znajdowała się praktycznie naprzeciwko sali astrofizczynej, więc istnieje możliwość, że Karol nie mógł przyjść pomiędzy jak wyszedłby z tej toalety a wszedł do klasy. Musiał zaryzykować.
- Stary, ale tak pomiędzy nami – ściszył głos i zbliżył twarz do Karola.
- Ok…ale nie całuj mnie stary – Odpowiedział przyjaciel mu żartem.
- Stary złapała mnie biegunka – próbował udać, że czerwieni się ze wstydu. W tym celu, aby uprawdopodobnić prawdziwość reakcji pomyślał o tym jak kiedyś zobaczył przez przypadek Akkę w samej bieliźnie po zajęciach z wychowania fizycznego. – wiesz wyskoczyłem w zasadzie za wami prosto do kibelka – teraz postanowił wbić szpilkę Karolowi mówiąc – Zauważyłbyś to gdybyś tak szybko nie wyleciał z Akką, brachu.
Karol uśmiechnął się do niego. Chyba kupił jego historię, bo natychmiast zmienił temat. Przez całą drogę do stołówki rozmawiali o tym, że Karol chce poderwać Akkę. Namawiał go by zaprosił ją na randkę. Mimo tak luźnego tematu Tomasz uważał by nie przejść przypadkowo do tego co robił w klasie.
VIII rozdział
[edytuj]Wieczorem cała rodzina Tomasza zasiadła do kolacji. On sam spóźnił się, ponieważ zażywał przyjemności pod prysznicem sonicznym. Uwielbiał to uczucie łaskotania na plecach. Rodzice i brat nie zaczekali na niego, więc nie mogli na niego marudzić. W holotelewizji leciał program o nadzwyczajnym zebraniu szarży oficerskiej floty wojennej. Na orbicie planety pojawił się antyczny statek, który powszechnie był uważany za zniszczony w pierwszej wojnie z gadami. Tomaszowi spadł kamień z serca. Już nie jest depozytariuszem tajemnicy. Dziennikarka poinformowała, że okręt nazywa się „Linus” i został najpierw przepuszczony przez system obrony układu planetarnego, a następnie statki-roboty odholowały go na daleką orbitę planety matki. Dla bezpieczeństwa pilnują go okręty wojenne.
- Bardzo, bardzo ciekawe – powiedział ojciec Tomasza – to jest naprawdę niesamowite wydarzenie. Bo ile jest takich okrętów wałęsających po przestrzeni kosmicznej?
- Owszem, ale dlaczego tak szybko powiadomili o tym media? – zapytał Tomasz – przecież regulamin jest mocno restrykcyjny w kwestii jednostek zagubionych w czasie wojny. Nie mogą znajdować w perymetrze naszej planety matki. A tu taka niespodzianka.
- Perymetr to jest najdalszy punkt jaki jesteśmy wstanie zaobserwować – zaznaczył ojciec.
- Tak masz rację, ale tu chodzi o granicę wpływu na nasze kryształowe jądro planety. A to jak wiemy jest zawsze tykająca bomba.
Według relacji telewizyjnych nic nie groziło ani planecie, ani ludziom. Tomasz oczywiście nie powiedział ojcu, że skłamali co do nazwy okrętu. Linus i Cadmus faktycznie zaginęły w czasie wojny, ale to Cadmus powrócił. Powrócił bezpośrednio na wysoką orbitę, a nie jak podawano zostały spełnione, przynajmniej część, norm bezpieczeństwa.
Wszystkie serwisy informacyjne mówiły o odnalezieniu antycznego statku. Pokazywali jak został otoczony przez statki naukowe. Twierdzono, że ich „militarny” wygląd jest to efekt połączonej pracy inżynierów naukowców i wojskowych. Podkreślano, że jądro planety jest bezpieczne. Wywiadu udzielił Pan Moritz. Jasno podkreślił, że przede wszystkim planeta i ludzie są bezpieczni. Nic się nie stanie, ponieważ bezpieczeństwo jest w pełni zachowywane. Istniała, jednak możliwa minimalna interakcja pomiędzy napędem a jądrem, co może mieć wpływ na pogodę. to też ma być w minimalnym stopniu. zmiany mogą być widoczne na biegunach.
IX rozdział
[edytuj]Przez kolejne dni o niczym się nie mówiło jak tylko o Linusie. Telewizja, radio, prasa i ludzie między sobą tylko o tym rozmawiali. Zaczęli pytać o co raz więcej szczegółów, na które nie otrzymywali odpowiedzi. W dalszym ciągu nie podawano prawdziwych informacji, ponieważ skoro skłamali co do nazwy okrętu, to dlaczego mieliby mówić prawdę o innych sprawach. Z tego powodu Tomasz trzymał się na baczności. Wykazywał większe zdenerwowanie niż zazwyczaj. Jednakże każdy był równocześnie rozgorączkowany i zdenerwowany. Nikt nie wiedział co z tego wyniknie. Pana Moritza nie było na zajęciach. W wiadomościach przestano wymieniać jego nazwisko jako czołowego eksperta. Dla Tomasza to był kolejny powód, dla którego należało uważać. W międzyczasie wyczytał informacje, że jego nauczyciel od astrofizyki jest specjalistą technologii od napędu kryształowego. Pan Moritz, pomimo ogromnego natłoku pracy, nie zapomniał o nich. Kazał przerobić im kolejny rozdział z historii rozwoju napędu. W czasie zajęć uczniowie byli sami, jednak mieli pod mieć egzamin pod koniec tygodnia, więc musieli się uczyć. Tomasz ponownie musiał poskromić swoje myśli. Nie mógł sobie pozwolić na błąkanie w myślach. Jakakolwiek ocena niedostateczna mogła spowodować skreślenie z listy uczniów. Podobne zdanie mieli pozostali uczniowie klasy. Jeden po drugim rozpoczynał naukę. Jako pierwszy zaczął Sigridius, a Akka jako ostatnia.
Tomasz uruchomił podręcznik na rozdziale drugim zatytułowany: Energia Kwantowa. Po raz kolejny podkreślono, że napęd krystaliczny jest niebezpieczny jeśli dojdzie do znacznego przeciążenia. W razie wybuchu może doprowadzić do wytworzenia się fali uderzeniowej zdolnej do wywołania kolejnych reakcji łańcuchowych i wybuchu kryształu. Wobec tak strasznej wiedzy ludzie począwszy od 1845 roku prowadzili badania nad gromadzeniem energii kwantowej kosmosu. Pobieranie jej bezpośrednio ze źródła na samym początku określono jako bardzo niebezpieczne i niemożliwe do zrównoważenia. Kosmos próbowałby wypełnić czymś stratę tworząc coś na wzór czarnej dziury. Pierwsze moduły miały pojemność jednego kilograma ciemnej materii. Najłatwiejszym sposobem na jej uzyskanie były czarne dziury. Pobierano energię – to znaczy grawitację, która jest mocno ściśnięta w module. Ludzie jednak bali się używać nieznanej im technologii. Cały czas udoskonalano zabezpieczenia. Ostatecznie w 1872 roku powstał moduł punktu stabilizacji zerowej. Osłona w pełni zabezpieczała otoczenie przed niekontrolowanym wydostaniem się czarnej materii. Poprzez kontrolowaną entropię wyzwalała się energia.
-Jakby nie pomyśleć to i tak jest mało rozwinięte jeśli patrzeć na to co osiągnął ten Agamemnon – pomyślał Tomasz – Niestety co raz mniej mu wierzę. Nam przejście z jednej generacji napędu opartego na krysztale do napędu punktu modułu zerowego minęło blisko 600 lat, a ten dokonał przełomu w zaledwie dekadę – Dłużej nie rozmyślał, ponieważ dalej czekała go długa lektura.
W 1875 roku po raz pierwszy wyposażono statek wojskowy w nowy typ napędu. Pierwszy stopień oznaczał od razu osiągnięcie prędkości 1 miliarda kilometrów na sekundę. Gdy okazało się, że jest to bezpieczny sposób podróżowania zaczęto masowo montować go na statkach wojskowych, naukowych i cywilnych. Najnowszy napęd używano, jednak tylko w przypadku gdy chciano osiągnąć maksymalną prędkość. Ten sposób latania przez jakiś czas zapewnił stabilność kryształów. Wielu naukowców wytykało słabość napędu w postaci braku dokładnych wyliczeń zużycia czarnej materii. Jednak Ci najbardziej czołowi uważali to za problem drugorzędny. Jak najszybciej chcieli osiągnąć kolejny poziom prędkości. Pomógł w tym kryształ paliwowy, który posłużył jako katalizator. Co ciekawie zachowywał się bardzo stabilnie i pobierał zawsze dokładnie tę samą moc. W 1894 roku osiągnięto prędkość D2 o wartości dwóch miliardów kilometrów na sekundę. W ciągu doby statek mógł pokonać niewiele ponad 18 lat świetlnych. W dalszym ciągu również używano kryształów paliwowych. Udoskonalanie napędu spowodowało, że stał się powszechny. Napęd pierwszej generacji został pod porzucony koniec XIX wieku. A na planecie wygaszono go 1907 roku. W 1911 roku zakazano używać kryształów jako paliwa w napędzie. Dwa lata później natomiast udało się przyspieszyć reakcję w module poprzez dodanie rzadkiego metalu meta-tritanium. Dzięki temu statki wojskowe jako pierwsze latały z prędkością trzech miliardów kilometrów na sekundę. W następnych latach kolejne jednostki były wyposażone w ten najnowszy model napędu.
Tomasz ponownie przestał czytać. Jego myśli skierowały się ku temu tajemniczemu statku. Jest on bardzo stary, jednak przetrwał. Saurowie przecież też rozwijali swoją technologię podróży. Jeśli to oni go wysłali, to już nie wie co o tym myśleć. Większość okrętów, które nie zostały zmodernizowano zezłomowano daleko od planety macierzystej. Czasami dochodziło do eksplozji napędu gdy go rozbrajano. Fale uderzeniowe mogły by zdestabilizować jądro planety. Dlatego robiono to na planetach z żelazowo-niklowym centrum.
Przestał dalej czytać. Postanowił wykorzystać bazę danych szkoły. Zaczął wyszukiwać informacje na temat Cadmusa. Encyklopedie szkolne należą do przepastnych, dlatego musiało być bardzo dużo informacji na temat tego statku. Pierwsza wojna z gadami to czarna plama na honorze ludzi i każdy utracony statek jest traktowany jak relikwia. Tomasz wpisał w wyszukiwarce hasło Cadmus, okręt wojenny. Ku jego zadowoleniu pasował jeden wpis. Z zadowoleniem kliknął w link. Dane wydawały się obszerne, ale najpierw należało je przeczytać, aby to potwierdzić.
„Cadmus – kosmiczny okręt wojenny oddany do służby w 1693 roku w następstwie wojny z Saurami, gadzim gatunkiem humanoidalnym. Zaginął prawdopodobnie niedaleko ich macierzystej planety Sauria Magna.” Dalej opisywano jego uzbrojenie i możliwości techniczne. I na tym koniec. Tomasz zamknął encyklopedię ze skwaszoną miną. „No przecież nie podadzą tajnych informacji w ogólnodostępnej encyklopedii szkolnej” – pomyślał Tomasz uderzając się otwartą dłonią w czoło. Postanowił do sprawy podejść w inny sposób. Skoro jest tak bardzo mało informacji na temat Cadmusa to może o Linusie znajdzie więcej. Statki często otrzymywały tę nazwę, ponieważ jest to imię pierwszego astronauty, który leciał z prędkością P2. Tak jak się tego spodziewał znalazł setki pasujących haseł. W celu ułatwienia sobie pracy użył filtrów wyszukiwania: Zaznaczył okręty wojenne, wojna z Saurami, statki zaginione lub zniszczone. Niestety komputer nic nie znalazł. Tak więc żaden statek o tej nazwie nie zaginął w wojnie z gadami. Spróbował innej metody. Usunął filtr: statki wojenne. Ku jego zdziwieniu – jeden rekord.
-Stary co tam kombinujesz – odezwał się Karol zza jego pleców. Tomasz podskoczył wysoko. Ponownie przyjaciel nakrył go na nielogicznej, dla innych, sytuacji. Tym razem nie miał innego wyjścia jak powiedzieć prawdę, a przynajmniej jej znaczną część.
-Wiesz co Pana Moritza nie ma – Zaczął przyciszonym głosem, ale to tylko wzbudziło ciekawość już wszystkich w klasie. Teraz już widząc to zaczął mówić co raz głośniej – Ale nikt dotąd nie podał wiarygodnych informacji o statku, który jest na naszej wysokiej orbicie okołoplanetarnej.
Wszyscy przerwali naukę i zaczęli patrzeć na Tomasza.Niezbyt dobrze czuł się z tym, ale jak już powiedział „A”, no to teraz musi kontynuować.
- Bo jakby nie patrzeć powiedzieli, że statek zaginął w czasie wojny z Saurami, więc założyłem, że jest to statek wojenny…
- Żaden statek wojenny nie miał takiej nazwy – wtrąciła Akka.
- Teraz to i ja wiem – wymamrotał Tomasz
- Linus, o którym mowa powinien być statkiem naukowym, ale jak do tej pory nie widziałam projekcji czy hologramu – Powiedziała Akka. W tym momencie Tomasz poczuł ścisk w żołądku. Nie mógł się przyznać, że widział ten statek i zdecydowanie wyglądał na wojenny. Zresztą to nawet nie Linus a Cadmus.
- A ja tam uważam, że to statek, który zabłądził w przestrzeni czasowej i po prostu systemu nawigacyjne sprowadziły go domu zgodnie z procedurami bezpieczeństwa – wyrecytował na szybko Sigridius – Wiadomo, że nie powiedzą nam głupim obywatelom prawdy. To, że nas kłamią to wiadomix, ale jaki będzie tego efekt to nie wiemy. Może po prostu go zezłomują i będzie po sprawie.
X rozdział
[edytuj]Ich rozmowę przerwała nagła burza. Pojawiła się znikąd jakby ktoś chciał im przeszkodzić w dyskusji. Rzadko kiedy na planecie występowały pioruny. Zwykle były one na biegunach, gdzie atmosfera jest zdecydowanie bardziej rzadsza. A teraz w ciągu zaledwie kilku sekund rozszalało się pogodowe szaleństwo. Niebo pokryło się czarnymi jak węgiel chmurami. Błyskawice trzaskały jak opętane, raz za razem uderzając w coś. Wiatr z każdej strony smagał mury. W końcu spadł tak gęsty deszcz, że studzienki kanalizacyjne nie nadążały z odbiorem wody. Cała klasa Pana Moritza zgromadziła się wokół Tomasza.
Większość z nich nigdy nie widziała burzy. Pogoda mogła popsuć się, ale nie do tego stopnia i tylko na biegunach.
Na chwilę zapanowała głucha cisza, jakby cały ten koszmar minął. Gdy nagle w więżę zegarową szkoły uderzył tak silny piorun, że budynek zatrząsł się. Natychmiast alarm zaczął wyć wzywając uczniów do schronu. Tomasz złapał Akkę i Karola za ręce, a ci pozostałych i wybiegali z klasy. Na korytarzu panował straszny chaos. Co chwilę ktoś na siebie wpadał. Za któryś razem Tomasz został uderzony w głowę i upadł nieprzytomny.
Nie wiedział jak długo leżał ani gdzie się obecnie znajdował. Ktoś go badał. Nie mógł ruszać się. Nie otwierał oczu. Bał się, że to jakiś agent chcący go przesłuchać. Ktoś coś do niego mówił, ale nic nie rozumiał. W końcu lekko uchylił prawą powiekę. Natychmiast nieznajomy niezbyt delikatnie pomógł mu go szerzej je otworzyć. Tak samo postąpił z drugim okiem. Świecił mu po oczach jaskrawym światłem. Tomasz poczuł ostry przeszywający ból w głowie. Nie mógł nic z siebie wykrztusić. Żadne słowo, dźwięk nie mogło przejść przez jego gardło.
-Tomasz!...Tomasz!...ocknij się – odezwał się głos lekarza – Dostałeś pięścią w głowę, a gdy upadłeś ktoś kopnął cię w głowę. Możesz czuć się bardzo mocno zdezorientowany, ale to minie.
Wreszcie Tomasz zrozumiał o co chodzi, jednak nie wstawał. To mógłby być bardzo zły pomysł. Nie chciał stracić równowagę. Gdy tylko lekarz odszedł natychmiast podeszli do niego Karol z Akką.
-Tomaszku ładnie nas wystraszyłeś. Ale chyba jest na pewno lepiej – powiedziała Akka. Miała zatroskaną minę. Wyglądała jakby przed chwila płakała.
Chłopak nie wiedział co powiedzieć. Nawet gdyby próbował to być może dźwięk nie wydostałby się z jego ust. Zamknął na chwilkę oczy próbując zebrać myśli, ale zaraz po Akce odezwał się Karol
- Wiesz co stary sorka, że nie upilnowałem Ciebie. To się stało tak szybko!!. Jakiś kretyn biegnąc w stronę schronu tak wymachiwał grabiami, że uderzył Ciebie w głowę, a biegający kretyn za nim kopnął ciebie – mówił szybko jednych tchem. Karol był widocznie przestraszony tym co się stało. – Ja i Akka jakos zaprowadziliśmy cię tu do schronu, a potem pan doktor cię zbadał.
-Pan doktor mówił, że nic ci nie będzie. Po prostu leż spokojnie – Dopowiedziała Akka.
Teraz do Tomasza dotarło, że jest w szkole i wszyscy widzieli jak dwójka jego przyjaciół przytachała go nieprzytomnego. Przez jakiś czas nie będzie miał życia, bo każdy będzie się z niego nabijał. Bardzo wolno usiadł w pozycji półsiedzącej. Otworzył oczy. Karol i Akka siedzieli obok niego. Tomasz był jedynym pacjentem w ambulatorium. „Tak więc na pewno będę miał przesrane w szkole” – pomyślał. Światło dziwnie mrugało, jakby napięcie elektryczne fluktuowało. Zaczął mieć gonitwę myśli, jednak zanim na dobre zaczęła się podszedł do niego lekarz. Zmierzył mu puls, sprawdził jak oczy reagują na światło. Biołóżko wykazało, że nie ma żadnych problemów z mózgiem. Lekarz wypisał go ze „szpitala” i pozwolił wrócić do części ogólnej schronu. O całym wydarzeniu zostali powiadomieni jego rodzice, a także Pan Moritz.
Całą trójka weszła do części głównej schronu. Było to niezbyt wysokie pomieszczenie. Nie pokryto go nawet tynkiem. Został podzielony na osiem sekcji odpowiadających specjalizacjom szkoły. Ta należąca do astrfozyków znajdowała się zaraz obok gabinetu lekarskiego. Tomasz oczekiwał, że będzie tam Pan Moritz. Nie wiedział czemu tak pomyślał, ale jakie go spotkało rozczarowanie gdy zobaczył nieznanego mu mężczyznę.
Karol wyciągnął swój tablet. Chciał koniecznie wiedzieć co się dzieje na górze. Urządzenie miało trudności z połączeniem się z siecią miasta. Według serwisów informacyjnych burza narobiła ogromnych szkód. Pioruny uderzały w budynki w całym mieście. Uszkodzony została wieża obserwacyjna. Jej najwyższe kondygnacje zawaliły się. Zginęło ponad 100 osób. Służby ratunkowe nie mogły użyć maszyn do usuwania gruzowiska, ponieważ zarówno one, jak i ludzie mogły zostać ugodzone piorunami. Poważnie uszkodzony został stadion miejski mogący pomieścić milion ludzi. Pioruny spowodowały, że zawalił się powieszany dach i górne trybuny. Także setki budynków ucierpiało podczas burzy. W obecnej chwili niebo jest znacznie mniej groźne. Nie ma już piorunów, ale co jakiś czas są błyskawice. Niebo jest szare. Deszcz lekko kropi. Pogoda zniechęcała do robienia czegokolwiek. Media przestały również informować o „Linusie”. W sumie to było logiczne. Statek kosmiczny jest na pewno mniej ważny niż katastrofalna w skutkach burza.
O godzinie 14:30 wszyscy zostali zwolnieni do domów. Każdy obywatel miał jednak zakaz wychodzenia bez potrzeby.
XI rozdział
[edytuj]Przez kolejne dni pogoda nie odpuszczała. Chociaż nie wystąpiły już tak ostre burze, to władze zaleciły szczególną ostrożność. Powietrze było bardzo ciężkie. Nikt nie wychodził, chyba że musiał. Zajęcia w szkole zostały odwołane. W związku z zagrożeniem klęski naturalnej uczniowie uczyli się w domu. Tomasz, tak jak pozostali, otrzymał dostęp do szkolnej bazy danych. Postanowił zawiesić naukę na kołku. Wiedział, że to się skończy źle dla niego, ale cały czas Linus i Cadmus nie dawali spokoju. Tym razem postanowił poszukać informacji od innej strony. Przeszukiwał bazę artykułów na temat tych okrętów. Ze zdziwieniem przyjął do wiadomości, że istnieją publikacje, ale na papierze. Są obecnie trzymane Bibliotece Narodowej. Tak więc jeśli chciał dowiedzieć cokolwiek musiał wyjść z domu. Trzeciego dnia od burzy władze wprowadziły godzinę policyjną. Nikt po godzinie 20. nie mógł wychodzić poza granice swojej posesji. Sprawa więc jest co raz bardziej poważna, a władze nic nie mówią co się dzieje naprawdę. Tomasz wyjrzał przez okno. Akurat przejeżdżał patrol policyjny.
Postanowił poszperać w sieci planetarnej. Może tam znajdzie informacje. Niestety zawsze wyszukiwanie mogło pochłonąć bardzo dużo czasu. Tomasz, jednak wolał takie dokładnie informacje niż przedzierać się przez gęstą sieć nikomu niepotrzebnych rewelacji. Przez kolejne dwie godziny przeglądał wyniki. Wyszukiwarka, po tym jak w filtrach zaznaczył, że interesują go okręty wojenne i naukowe z okresu wojen z Saurami, miały one zaginąć lub zostać zniszczone podczas wykonywania misji, zaznaczył również napęd kryształowy. Natrafił na artykuł opisujący wybuch napędu statku o nazwie „Anaklet”. Na pierwszy rzut zupełnie nie pasowało do wyników wyszukiwania. Postanowił przyjrzeć się temu.
Strona przedstawiała skan dokumenty z około 1795 roku. Zatytułowano go „wybuchowe kryształy”. Tomasz przejrzał mu się i stwierdził, że został w całości skopiowany. Zaintrygowało o co w tym artykule może chodzić. Na wszelki wypadek przegrał go sobie do osobistej matrycy pamięci. Zanim weźmie się lekturę zje szybką kolację. Na dole nikogo nie było. Tomasz przygotował sobie kanapki. Gdy się najadł wrócił do pokoju. Uruchomił tablet i zaczął czytać.
„Naukowcy co raz częściej piszą, że kryształy na naszej planecie mogą ulec destabilizacji przez napęd kryształowy. Przede wszystkim chodzi o jego wybuchy. Fale w kosmosie rozchodzą się równomiernie i prędzej czy później taka dotrze do planety matki. Wraz z rozwojem technologii kryształy były narażone na działania nieudanych eksperymentów. Tak więc na przestrzeni kilku wieków doprowadzono do zwiększenia ryzyka destabilizacji również i jądra planty. W 1669 roku naukowcy na Linusie prowadzili bardzo niebezpieczny eksperyment. Chcieli sprawdzić jak reaguje środowisko planety na ciągłe małe awarie napędu zakończone jego eksplozjami. Znajdowali się na wysokiej orbicie zamieszkanej planety. Na planecie mieszkały nieinteligentne gady. Eksperyment trwał zaledwie trzy dni, ale doprowadził do katastrofy naturalnej. Pracujący naukowcy kompletnie nie przewidzieli, że po tym jak zdjęli osłony napędy to kryształy cały czas emitowały fale energii. Dopiero na tym przykładzie można zobaczyć co się dzieje gdy dojdzie do rozszczelnienia osłony napędu. Kryształy w odstępach kilkusekundowym emitują rozchodzącą się na wszystkie strony falę energii o niskiej kaloryczności. Naukowcy zanotowali, że na niskiej orbicie planety zanotowali śladową ilość energii. Nie zbadali natomiast jakie ma natężenie przy samej powierzchni. Po trzech dniach zauważyli znaczącą zmianę pogody na powierzchni. Na oceanach szalały gigantyczne sztormy. Brzegi były smagane wiatrem o prędkości niemal 400 km/h, a fale wdzierały się głęboko w ląd. Na lądzie szalał żywioł w formie strasznych burz pokrywających całą planetę. Kapitan Linusa nakazał ponownie nałożyć osłonę na reaktor napędu w nadziei, że to powstrzyma katastrofę na planecie. Jednakże na nic to się zdało. Dwa tygodnie później na planecie zaczęły się trzęsienia ziemi. Skorupa pękała. Wszędzie gdzie tylko się dało wylewała się lawa. Nie mógł być proces naturalny, ponieważ w żadnym wypadku nie przebiegało to tak szybko. Etap ten trwał dwa tygodnie. W około 30-31 dnia od zakończenia eksperymentu planeta wybuchła. Komisja, która się zebrała odkryła, że kryształ poddawany ciągłym falom napędu krystalicznego z przestrzeni kosmicznej może doprowadzić do wybuchu kryształowego jądra planety”.
To już wystarczyło Tomaszowi. Jeśli dobrze zrozumiał właśnie to się dzieje teraz na jego ojczystym świecie. Jego nauczyciel został wezwany, ponieważ w tym momencie zbliża się koniec wszystkiego co znają. Pytaniem jest takie: kto jest temu winny?
Ta burza mózgu spowodowała, że ledwo zmaterializował łóżko padł ze zmęczenia.
XII rozdział
[edytuj]Tomasz obudził się około południa. Nie wiedział nawet kiedy zasnął. Miał dobry nastrój do czasu aż przypomniał sobie co przeczytał. Postanowił wszystko jeszcze raz przeanalizować. Wczoraj zadziałały mu emocje. Teraz przyszedł czas na logikę. Logika pozwoli zrozumieć wszystko. Zaczął zadawać pytania, których w artykule nie zadano sobie. Po pierwsze dlaczego ta planeta jeszcze nie wybuchła skoro przez blisko 600 lat używano kryształów mocy zarówno w jej pobliżu, jak i na powierzchni. Po drugie dlaczego pozwalano zbliżać się statkom, które miały awarię tak blisko planety w okresie przejściowym. No i po trzecie dlaczego teraz zezwolono staremu antykowi zbliżyć się tak blisko zamiast zestrzelić go gdy przekraczał granicę układu planetarnego. Niestety Tomasz nie potrafił odpowiedzieć fachowo na te pytania, ponieważ nie miał wystarczającej wiedzy. Ale od czego jest sieć. Poszukiwania zajęły mu cały dzień. Otrzymał też upomnienie od Pana Moritza, że nie przesłał mu zadania domowego. Tomasz jednak po raz pierwszy zlekceważył uwagę nauczyciela.
Co do pierwszego pytania to pomogła mu geologia. Jądro planety jest otoczone przez warstwę ametystowej osłony. Ametyst do dnia dzisiejszego jest przecież używany jako pancerz czy jako element osłon reaktorów. Być planeta właśnie posiada taką osłonę. Wielokrotnie czytał, że niegdyś górnicy wydobywali ten minerał, ponieważ w środku znajdował się czysty kryształ. Był on bardzo niestabilny, dlatego praktycznie natychmiast musiano umieścić go z powrotem w pojemniku chroniącym go przed atmosferą. Używano go w przemyśle energetycznym jako zapalniki w reakcji jądrowej. W sumie taka odpowiedź zadowalała Tomasza. Być może rozchwiana pogoda będzie jedyną reakcją jądra. Co do drugiego zadanego sobie pytania odnalazł informacje, że statki nie mogły zbliżać się do planety na bliżej niż 50 milionów kilometrów. Jednakże na tym wszystko się urywało. Były to szczątkowe informacje. Nic nie wnoszące do tematu. Niestety do trzeciego zagadnienia nic nie znalazł. Nie miał żadnego racjonalnego pomysłu. Nie chciał szukać informacji w sieci, ponieważ więcej by znalazł teorii spiskowych niż racjonalnych i rzetelnych informacji.
XIII rozdział
[edytuj]Tomasz ponownie zasnął. Nawet nie wiedział kiedy to się stało. Obudził się rankiem ze strasznym bólem głowy. „Pewnie jak odsłonię rolety to zobaczę te szare niebo” – pomyślał w duchu. Wziął prysznic soniczny i zszedł na śniadanie. W kuchni również okna były zasłonięte. Rodzice, podobnie jak Tomasz, nie chcieli widzieć tej upiornej pogody. Od kilku dni nie wychodził z domu. Dzisiaj postanowił, że przejdzie się do szkoły. Może zdobędzie jakieś ważne informacje. Założył ciepłe ubrania i wyszedł na dwór. Oślepiło go ostre słońce. Tego się zupełnie nie spodziewał. Wrócił szybko do domu i zawołał:
-Tato! Mamo! To nie jednak koniec świata. Nareszcie wyszło słońce!
-Kochanie o czym ty mówisz? – zapytała mama
-Yyy…nieważne – zakłopotał się Tomasz – ale w każdym razie wyszło słońce. Jest piękna pogoda – ucieszył się. Zdjął szybko ciepłą odzież. W bokserkach wbiegł do pokoju i ubrał letni strój. Założył okulary polaryzacyjne. Zabrał w ostatniej chwili tablet, zanim wybiegł z domu.
Ulice były pełne ludzi. Po tylu dniach złej pogody nikt nie chciał siedzieć w domu. Tomasz postanowił pójść do szkoły przez park. Główna aleja przypomina ruchliwą autostradę. Każdy gdzieś zmierzał. Gdzieniegdzie ludzie rozłożyli koce i urządzili sobie piknik. Uśmiechom i śmiechom nie było końca. Wszyscy zachowywali się jakby gdyby nic się nie wydarzyło. Tomasz rozumiał to, bo ile to można mieć podły nastrój. Człowiek powinien korzystać z pogody jeśli tylko jest okazja. Z domu do szkoły przez park miał dwa kilometry. Drogę tę pokonał w 25 minut spacerkiem. Szkoła wyglądała jakby ktoś ją ograbił. Wiele okien zostało wybitych. Wieża zegarowa zawaliła się na salę gimnastyczną. Zniszczenia były znacznie poważniejsze niż można by sobie wyobrazić. Co gorsza i równocześnie najdziwniejsze nikt jeszcze nie zaczął tego sprzątać. Tomasz szedł ogrodzeniem w stronę wejścia do skrzydła, gdzie była jego sala astrofizyczna. Jednak gdy podszedł do drzwi ze zdziwieniem zauważył, że ma zasilanie. Otworzyły się przed nim, a on szybko wszedł do środka. Wewnątrz światło mrugało. Gdzieniegdzie wystawały iskrzące się przewody elektryczne. Miał tylko nadzieję, że na spokojnie dotrze do biblioteki. Tomasz zamiast wybrać najkrótszą drogę do czytelni poszedł do sali astrofizycznej. Coś go ciągnęło w to miejsce. może poczucie winy, że porzucił naukę?
Nie wiedział dokładnie czego tam chciał. Po prostu musiał zobaczyć opustoszałą salę lekcyjną. Drzwi nie otworzyły się automatyczne. Widocznie tutaj nie było zasilania, chociaż światła na korytarzu normalnie działało. Chciał już odejść gdy nagle spostrzegł, że ktoś majstrował przy panelu sterującym. Poszedł bliżej, aby przypatrzeć się temu. na tablecie uruchomił lupę. Potrzebował wszystko zobaczyć, aby nic mu nie umknęło.
Ktoś otworzył panel zwykłym śrubokrętem. Wyraźnie nie dbał o zachowanie pozorów. Potem z powrotem odłożył go na miejsce używając przy tym siły. Ten ktoś wyłamał bolce podtrzymające. Tomasz zdjął pokrywę panelu. Musiał przy tym użyć siły, bo gdy próbował to zrobić delikatnie to nawet nie drgnęło. Odłożył pokrywę na podłogę. Chyba zrobił to zbyt za głośno. Ale nic nie usłyszał, że ktoś idzie. Mechanizm sterujący drzwiami jest bardzo prosty. Są trzy kryształy: czerwony, zielony i biały. Gdy złączy się obwody czerwonego i białego drzwi otwierają się, a gdy zielony i biały to zamykają się. Prosta rzecz, dlatego każdy o tym wiedział. Trzeba mieć za to przewodnik, który doprowadzi, że prąd popłynie tam gdzie się chce. Funkcję tę pełni pokrywa albo metal zawierający złoto lub diament. Tomasz niestety takiego czegoś nie miał. Jednakże łatwo poznać czy drzwi zostały otworzone czy zamknięte przez kryształy. Gdy się przyjrzał zielony był delikatnie jaśniejszy od pozostałych. To znaczyło, że drzwi są zamknięte.
Postanowił zajrzeć do środka. Po prostu otworzy drzwi drążkiem pneumatycznym. Gdy go pociągnął drzwi lekko się otworzyły. Musiał użyć siły, aby jeszcze trochę rozszerzyć przejście. Czuł narastające podniecie. Robił cos nielegalnego w budynku, gdzie być go nie powinno. Gdy tylko wśliznął się do środka stało coś czego nie spodziewał się.
Ktoś go złapał na koszulkę przy szyi, a druga zamykała mu usta. Była to bardzo silna osoba. Potem nie wiadomo jak Tomasz wywinął koziołka. Uderzył głową o podłogę. Jednak ten ktoś nie dał mu spokoju. Usiadł mu na plecach. Chłopak nie mógł się ruszyć. Głowa strasznie bolała. Czuł, że zaraz będzie wymiotował. Jednak to nie był koniec. Ten ktoś założył mu ciemny i śmierdzący worek na głowę. Nie mógł swobodnie oddychać. Potem związał mu z tyłu ręce. „Kurde czy chcą mnie zabić?” – zaczął panikować. Nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Nie było śladu po niedawnym podnieceniu włamywania się. Pozostał tylko strach. Ponownie ten ktoś złapał go. Chwycił za kark i bez okazywania jakiejkolwiek delikatności rzucił na krzesło. „Kto to jest?” – zapytał Tomasz siebie samego w duchu. W końcu postanowił się odezwać, gdy usłyszał znajomy głos.
-Wystarczy Kraft.
Ten głos na pewno należy do Pana Moritza. Na pewno to on.
-Tomaszu co ty tutaj robisz? – zapytał go - radzę ci odpowiedzieć, bo już teraz masz kłopoty, tylko nie wiem jeszcze jak wielkie.
Tomasz nic nie odpowiedział. Strach mu odebrał głos. Pan Moritz kazał Kraftowi rozwiązać mu ręce i zdjąć worek. Zobaczył dwóch mężczyzn stojących przed nim. Jego nauczyciel patrzył na niego z niezwykłą surowością. W rękach ściskał jego tablet. Końce palców aż zbielały.
-Co ty tutaj robisz?! – wrzasnął Pan Moritz – Szkoła jest miejscem katastrofy budowlanej, a ty ot tak włóczysz się tutaj. Tak więc zapytam ponownie. Co tutaj robisz?!.
Tomasz ponownie nic nie odpowiedział. Teraz na pewno nie mógł powiedzieć prawdy, bo wydałoby się, że widział hologram. Ale ma przy sobie tablet, a tam ten artykuł o katastrofie naturalnej na gadziej planecie. a teraz trzyma go Pan Moritz. Przez chwilę próbował zebrać myśli i cokolwiek odpowiedzieć. Nie chciał nikogo drażnić, zwłaszcza agenta Krafta, który łypał na niego jakby chciał go uderzyć. Z jego myśli wybudził go ponownie Pan Moritz.
- Chłopcze posłuchaj mnie – tym razem zaczął zdecydowanie łagodniejszym tonem – wszedłeś do budynku bez pozwolenia w jakimś celu. Moje pytanie to w jakim?
- Chciałem pójść do biblioteki – wymamrotał Tomasz
- W jakim celu chciałeś pójść do biblioteki skoro znajduje się przy zawalonej sali gimnastycznej – wrzasnął do niego agent Kraft.
Tomasz nie chciał odpowiedzieć na to pytanie. Agent przestał panować nad swoimi emocjami. Wziął Tomasza za fraki i rzucił go na krzesło, a potem na podłogę. Tomasz poczuł ból przeszywający głowę i kark. Kraft bezceremonialnie rzucił go ponownie na krzeszło. Pan Moritz protestował, jednak agent postanowił tym razem nie brać jego zdania pod uwagę. Chciał za wszelką cenę dowiedzieć się po co ten uczeń szedł do biblioteki. Powtórzył pytanie, a gdy ponownie nie uzyskał odpowiedzi uderzył Tomasza pięścią w twarz. Chłopak poczuł jak krew bucha mu z nosa. Miała słodki smak. Potem ponownie poczuł silny ból. Upadł na ziemię. W jednej chwili był bardzo przerażony, a w drugiej wpadł w szał. Rzucił się na zaskoczonego agenta. Próbował okładać go pięściami. Kraft potrzebował chwili, aby zrozumieć sytuację. Ponownie uderzył Tomasza w twarz. Gdy tak leżał na podłodze a z nosa kapała mu krew ktoś jeszcze wszedł do środka. Kraft wyszedł. Pan Moritz pomógł chłopakowi usiąść na krześle. Zmaterializował lód i przyłożył mu go do nosa. Nic się do niego nie odzywał, a Tomasz nie miał mu nic do powiedzenia. Nienawdził swojego nauczyciela za to, że pozwolił zrobić mu krzywdę.
-Co tu się stało? – odezwała się osoba, która właśnie weszła do środka. To był ojciec Tomasza.
Podszedł szybko do niego. Obrócił na fotelu i zobaczył posiniaczonego syna. Obok niego stał Pan Moritz.
- Jak Pan mógł pobić mojego syna? – zapytał nauczyciela – zgłoszę tę sprawę na policję i do władz uczelni - tym razem w jego głosie tomasz wyczuł przeogromną złość i zawód. Pan Moritz był niegdyś jego ulubionym nauczycielem.
Pan Moritz zupełnie nie przejął się groźbami. Podszedł do swojego pulpitu, a następnie pokazał mu nagranie z kamery ochrony jak Tomasz zdejmuje panel, a następnie używa zamka pneumatycznego, by uchylić drzwi.
-Szkoła jest monitowana. A Tomasz został przez nas przyłapany, kiedy wraz z agentem Kraftem przyszedłem do swojej klasy po resztę swoich rzeczy – powiedział Pan Moritz spokojnym głosem – W tej chwili prowadzimy badania wyjaśniające nad obecnymi zjawiskami pogodowymi. Pana syn stawiał czynny opór przy zatrzymaniu – po czym dodał – Po za tym wdarł się na teren zamkniętej placówki szkolnej.
-I tak mnie obezwładnialiście, że Kraft mnie pobił gdy nie chciałem odpowiedzieć na pytania – krzyknął Tomasz do swojego nauczyciela i ojca – patrz bydlaku jak ja wyglądam – wskazał palcem na swój krwawiący nos.
-Trzeba było robić to co Ci karzemy - odpowiedział spokojnym głosem nauczyciel, po czym wziął podłużne urządzenie i uruchomił je. Skierował na twarz Tomasza, a niebieskie światło leczyło rany. Trwało to 20 sekund – i teraz jest po sprawie.
-Dla mnie nie jest – Powiedział Tomasz
-Ani dla mnie – zawtórował mu ojciec.
-Wasze zdanie ma dla mnie zerowe znaczenie. Obecnie są ważniejsze sprawy wagi państwowej. Dopilnuję, aby Tomasz został relegowany ze szkoły. A Pana usuniemy z palestry naukowej
Pan Moritz wziął walizkę i wyszedł. Przy drzwiach powiedział na odchodne:
-Agenci was odprowadzą do domu. Proszę się im nie sprzeciwiać - Po czym prędko wyszedł.
Do Tomasza i jego ojca podeszło dwóch nieznajomych mężczyzn. Ubrani byli w pełen uniform floty kosmicznej, tak więc nawet nie widzieli ich twarzy. Kazali im się szybko zbierać. Zostali odwiezieni do domu. Otrzymali kategoryczny zakaz opuszczania domu bez zgody policji.
XIV rozdział
[edytuj]- A teraz chcę wiedzieć co tam się wydarzyło – powiedział ojciec do niego gdy tylko weszli do domu – inaczej dostaniesz taki szlaban, że się posrasz. Grozi Ci kretynie wydalenie ze szkoły, a więc masz mi wszystko dokładnie wyjaśnić o co chodzi.
Tomasz jednak nie mógł powiedzieć prawdy. Ojciec i tak by mu nie uwierzył.
-Poszedłem do szkoły, ponieważ chciałem wiedzieć co tam się dzieje – zaczął nieśmiało. Potem zebrał się w sobie i zaczął kłamać jak tylko potrafił. – Niby mamy się uczyć, ale w domu nie mam odpowiednich warunków. Nie wiedziałem, że zrobię takie głupoty – zrobił pauzę i popatrzył na nadal nieprzekonanego ojca – Tato otworzyłem drzwi bo zauważyłem ślady włamiania. Ten ktoś zrobił to śrubokrętem. A potem zwyciężyła moja ciekawość.
- I dlatego nie odrabiałeś zadań zleconych przez nauczyciela - zapytał ojciec groźnym tonem
- Jaaa....
- Czy robisz ze mnie idiotę. Konsekwencje poniesiemy obaj. Licz się z tym, że możesz stać zwykłym żulem, czyli nikim a ja do ciebie dołączę.
Gdy skończył jego tato w dalszym ciągu patrzył na niego w ten sam sposób co przed chwilą. Tomasz otrzymał szlaban. Równocześnie miał nagrać przeprosiny dla Pana Moritza. Z pokoju mógł wychodzić dwa razy dziennie do łazienki. Jedzenie mu przynoszono. Ojciec postanowił, że będzie otrzymywał więzienne pożywienie. Uważał, że to właśnie nauczy syna pokory, bo mu jej brakuje.
Cały pozostały dzień spędził w pokoju. Jako, że z każdej strony miał okna widział całą okolicę. Dosłownie wszyscy siedzieli na dworze. Nawet jego rodzina siedziała w ogrodzie przy grillu nie łamiąc przy tym zakazu opuszczania domu. Tomasz wściekły na wszystko i wszystkich zasłonił okna. Nie chciał widzieć teraz nikogo. Zaczęło docierać do niego, że przez własny tok myślowy prawdopodobnie stracił szansę na dobre wykształcenie. Postanowił po prostu przespać resztę dnia. Zmaterializował łóżko. Szybko zasnął.
Obudził się wczesnym rankiem. Tak samo jak wczoraj dzień zaczynał się bardzo pięknie. Ptaki ćwierkały sobie wesoło na gałęzi nieopodal jego okna. Tomasz jednak miał parszywy humor. Wystraszył zwierzaka, ale i tak mu to nic nie dało. Wyżywanie się na słabszych nie było w jego stylu. Chciał napisać do Karola, jednak okazało się, że najlepszy przyjaciel go zablokował. W skrzynce miał wiadomość od Akki. Nie ukrywała w nim wzburzenia na jego zachowaniem w szkole. Bardzo mocno ją rozczarował. Tak więc jego wybryk jest powszechnie znany. Miał jednak nadzieję, że Pan Moritz pozwoli mu kontynuować naukę. Akka podkreśliła, że musi ponieść karę. W ostatnich słowach wyraziła radość, że nic mu się stało. Tomasz czytał wiadomość od niej dwa razy. Sprawa na pewno nie zakończy się bez echa. Ona przynajmniej napisała do niego, a jego najlepszy przyjaciel po prostu go olał. Postanowił, że nigdy nie odezwie się do niego.
W pokoju niespodziewanie błysnęło jaskrawy błysk teleportacji. W jego pokoju pojawiła się Akka. Miała na sobie strój pilota. Popatrzyła się na Tomasza surowym wzrokiem. „Na pewno nic dobrego nie znaczy” – pomyślał Tomasz. Akka nie zamierzała go opierdzielać. Przyszła z nim pogadać.
-Stary wiem, że ci podesłałam świnię w wiadomości, ale wolałam nie zwracać na siebie uwagę. Pan Moritz nakazał nam zerwać z Tobą jakiekolwiek kontakty, ponieważ jesteś przestępcą i na pewno ukarzą ciebie w straszliwy sposób.
-Że kim ja jestem?
-No właśnie. Ty i przestępcą? – zmarszczyła brwi i potrząsnęła głową – coś mu się musiało pomieszać w głowie.
-No ja tam nic nie zrobiłem.
-Tomaszku nikt nie wie co zrobiłeś. Podrypałam ojcu przenośny teleporter. Nie można go wytropić, a przynajmniej nie zrobią tego tak szybko jak z tymi cywilnymi – wskazała na ten co dostał od ojca.
-Twój ojciec to ważna persona... - zaczął tomasz, ale Akka nie pozwoliła mu dokończyć.
-Wiesz co tu nie chodzi o sceny zazdrości, ale jest kilka nieciekawych rzeczy, które zauważyłam w domu. Powiem ci o nich jak ty mi powiesz o co chodzi w Twojej sprawie.
Tomasz usiadł na łóżku, ale Akka nie ruszała się z miejsca. Widocznie uważała, że siadanie na łóżku kumpla może zostać odczytane na wiele sposobów. Zresztą teraz spieszyła się i zależało jej na czasie. Chłopak też to zrozumiał. Zdematerializował łóżko, a w jego miejsce zmaterializował dwa fotele i stolik. Oboje usiedli i siedzieli dłuższą chwilę w milczeniu. Miało im pomóc w zebraniu myśli
-Wiesz co. Ja się troszkę spieszę, więc jak możesz to zacznij mówić – powiedziała Akka. Można było wyczuć zdenerwowanie i rozdrażnienie w jednym.
Tomasz opowiedział jej, że jak przyszli agenci po Pana Moritza to wrócił się do klasy, bo zapomniał swojego tabletu. Ich nauczyciel również zapomniał hologramu. Zapewniał przyjaciółkę, iż wie jaki błąd popełnia, ale włączył hologram. Ujrzał piękny statek z czasów pierwszej ery silników opartych na krysztale. Nazywał się Cadmus. Dane wskazywały, że okręt wojenny jest na wysokiej orbicie planety. Z niewiadomych przyczyn system obronny nie przechwycił go. Akka nie wiedziała co powiedzieć. Natomiast jedno było jasne – poznał ważną tajemnicę. Nie pozwolił jej zadawać pytań. Kontynuował swoją opowieść. Gdy tylko usłyszał w serwisach informacyjnych, że faktycznie wisi nad nimi statek, ale nazywa się Linus wzbudziło, to zaczął szukać informacji o nim. I niestety znalazł. Opowiedział jej wręcz z pasją, że ludzie wywołali tragedię na planecie zamieszkanej przez gady. Początkowo były tam tylko katastrofy naturalne, ale na koniec planeta po prostu wybuchła.
Akka przez chwilę siedziała w milczeniu. Czy była wstrząśnięta tym co właśnie usłyszała? Trudno powiedzieć. Zasłoniła twarz rękoma i ciężko oddychała. Po niej zawsze mało co było widać. Poklepała Tomasza po ramieniu na znak, że mu współczuje tego co się dowiedział. Zarazem poprosiła o chwilę przerwy zanim mu ona powie co ona wie. Tomasz zaproponował jej, że zejdą cichaczem na dół po wodę. Na szczęście nikogo tam nie było. Gdyby by ich przyłapali to ojciec wytłumaczyłby Tomaszowi swoje zasady w mniej cywilizowany sposób.
Akka wyciągnęła swój tablet. Uruchomiła nagranie z jej domu. Widać było na nim Pana Moritza jak rozmawia z jej tatą. Jest to specjalista od uzbrojenia tachionowego.
-Tatuś powiedział naszemu profesorkowi, że należy jak szybciej sprawdzić czy nie wykryto tachionów. Według niego statek powinien jak najszybciej opuścić perymetr planety dla naszego bezpieczeństwa.
-Powiedział co nam grozi?
-Tomeczek! Tato wyraźnie powiedział, że należy sprawdzić czy wykryto tachiony. To znaczy promieniowania grawitonowego. Chodzi tu o podróżowanie w czasie!
-Podróże w czasie? – teraz to do niego dotarło. Grawitony to oznaka, że ktoś jest zdolny do otworzenia tunelu czasoprzestrzennego.
-Albo jakiś napęd – wyrwała go z zamyślenia – ojciec mi kiedyś mówił, że grawitony mogę posłużyć do osiągnięcia prędkości rzędu nawet miliona lat świetlnych w ciągu zaledwie sekundy. Problem polega na pancerzu. Musi on wytrzymać ogromne ciśnienie panujące w tunelu czasoprzestrzennym.
Ich rozmowę nagle przerwało pukanie do drzwi. Nim się obejrzał do pokoju weszła jego mama, a Akka w tym samym momencie teleportowała się. Podała mu kolację – fasola Nimmitza w puszce. Faktycznie to jedzenie dla osadzonego. Nawet nie przelali zupy na talerz. Wziął szybko puszkę i wypił jej zawartość jednym haustem. Nie była zbyt dobra. Miała smak przypalonej gumy. Głód tak mu ściskał żołądek, że pomimo tego połknął jedzenie. Akka więcej nie pojawiła się. Zostawiła go samego z myślami. Być może statek Cadmus został wysłany albo z przeszłości, albo przyszłości. Z drugiej strony zdradził swoją tajemnicę. Nie wiedział komu ona przekaże jego sekret. Z drugiej strony poczuł ulgę, że kims porozmawiał. Wziął głęboki oddech i postanowił, że przyjmie to co będzie. Zmaterializował łóżko i położył się. Musiał przestać myśleć o ostatnich wydarzeniach. Postanowił poczytać książkę o przygodach w czasach bez wysokiej technologii. Zamysł oczywiście bardzo dobry, ale wykonanie już niekoniecznie. Zamiast wziąć książkę z biblioteki Tomasz wyciągnął prezent od Nestora. Chociaż już po raz kolejny widział tę starą książkę, to za każdym razem robiła na nim wrażenie. Ile człowiek musiał poświecić czasu, aby ręcznie zapisać kilkaset stron.
Otworzył tam gdzie ostatnio czytał. Agamemnon opisywał swoje napędy. Zaczął czytać kolejny wpis:
„Zanim przejdę do tego jak wyglądały moje podróże po kosmosie to opowiem troszkę co się działo jeszcze na mojej ojczystej planecie. Gdy miałem 15 lat świat obiegła niezwykła wiadomość. 126 km na północny-wschód o Wyspy Północnej Nowej Zelandii odkryto na dnie oceanu kopułę. Miała ona aż 50 metrów średnicy. Dzięki współpracy wielu narodów udało się tam nie tylko zejść, ale zbadać wnętrze. Wyniki badań wstrząsnęły opinią publiczną. Cały świat pochwycił temat. Skupiono na tym wszystkie możliwe środki. Oficjalnie w 2036 roku uznano Zealandię za osobny kontynent. Ród Volturi prowadził tam szeroko zakrojone badania dotyczące ewolucji gadów w okresie po uderzeniu komety w płw. Jukatan 65 milionów lat temu. Pozwolę sobie pominąć różne fakcje, co każda z nich mówiła, bo nie chcę zaśmiecać sobie kart tej książki. Jedyna papierowa rzecz jaką zabrałem.
Gdy odlatywałem stan wiedzy przedstawiał się następująco – część dinozaurów przeżyła w jaskiniach na wyspach Zealandii. Kontynent powoli wynurzał się. Badania wykazały wysoki poziom promieniowania Ethenoru. Dinozaury dotarły tam na kilkaset lat przed katastrofą, dlatego zdążyły wchłonąć promieniowanie, które nie tylko wydłużyło życie gadom, ale przyspieszyło ich ewolucję w kierunku dwunożności z wyprostowanymi plecami. Siedem milionów lat później gady, które nazywały siebie Saurami, przypominały humanoidalne stworzenia. W tym czasie wyspy Zealandii wynurzały się. Cywilizacja u zarania swojego rozwoju dysponowała statkami kosmicznymi. 47 milionów lat w wyniku działań ruchów konwekcyjnych Zealandia zatonęła po milionach lat. Tylko te tereny odpowiadały im. Promieniowanie Ethenoru miało w Zealandii najwyższe poziom promienia na lądzie. Pozostałe tereny, a tym bardziej wody oceanów nie były dla nich atrakcyjne. Saurowie, pomimo że dysponowali technologią, o której my teraz możemy marzyć, to nie potrafili skolonizować na stałe żadnych terenów oprócz Zealandii, dlatego gdy ta zaczęła tonąć musieli opuścić Ziemię. Planeta popadła w regres. Czarodzieje ponownie pojawili się gdy pojawiło nowe źródło promienia Ethneru w górach Tatrzańskich. Było ono jednak na tyle silne, że objęło cały świat.”
Na tym zakończył się wpis Agamemnona. Tomasz usiadł na skraju łóżka. Miał jak zwykle natłok pytań do tego starożytnego tekstu. Pierwszym pytaniem jakie sobie zadał to czy Saurowie z planety Agamemnona są spokrewnieni z gadami, z którymi kiedyś walczyliśmy w wojnach. Tego oczywiście nie miał jak sprawdzić. W sumie już to zniechęciło do kontynuowania tematu w głowie. Schował książkę do pudełka. Na wszelki wypadek zdematerializował ją i schował do osobistego schowka. Było już późne popołudnie. Zdepolaryzował okna i ku swojemu zdziwieniu ujrzał ostroświecące słońce. Na zewnątrz było aż 40 stopni. Wbrew zakazowi zszedł na dół. Chciał wiedzieć co się dzieje na świecie. Ojciec popatrzył na niego surowo, ale matka położyła mu rękę na ramieniu. Uspokoił się, ale groźnie łypał na syna. Dalej nie mógł mu wybaczyć haniebnego czynu. Akurat w tym czasie rodzina oglądała serwis informacyjny.
-Akurat już wszystko powiedzieli, więc wróć do swojego pokoju – powiedział ojciec srogim głosem, po czym wstał i palcem wskazującym wyprostowanej prawej ręki wskazał Tomaszowi na schody – nie chcę Ciebie tutaj widzieć! Zrobiłeś mi tyle wstydu, że do końca życia nie spojrzę ludziom w oczy!
- Chciałem wiedzieć co się dzieje na świecie – zapytał Tomasz błagalnym głosem - Jestem odcięty od świata i boję się.
- Posłuchaj ojca i idź proszę na górę – odezwała się matka. Nie zgadzała się ze swoim mężem, ale nie chciała podważać jego autorytetu – zbyt za dużo zrobiłeś nam problemów. My też potrzebujemy czasu na przemyślenia.
Czy tego chciał czy nie udał się do pokoju nie mając żadnego innego wyboru. Zabolało go takie traktowanie. Zamknął drzwi na szyfr głosowy. Wziął najpotrzebniejsze rzeczy i je umieścił w schowku. Napisał do rodziców list:
„Kochani starzy, wiem, że jesteście na mnie wściekli za to co zrobiłem. Opowiem wam wszystko co mi się stało w ostatnim czasie. Być może nie uwierzycie mi, ale proszę przeczytajcie to do końca.” Opisał im wszystko co odkrył w tym tygodniu. Wziął do ręki teleporter i wpisał adres przyjaciółki. Cały pokój w jednej sekundzie zawirował mieszaniną światła i przedmiotów, a w drugiej znalazł się u Akki.
XV rozdział
[edytuj]Pokój Akki to przykład wystawnego pomieszczenia w stylu antycznym. Dominowała prostota i stonowane kolory. Akka ćwiczyła jogę na środku pokoju, a Tomasz dosłownie zmaterializował się na jej głowie. Jakie to musiało być dla niej zaskoczenie. Dziewczyna zrobiła fikołka. Rozplątała jeszcze szybciej nogi. Dyszała ze wściekłości. Tomasz również szybko pozbierał się z podłogi. Wyszła bardzo niekomfortowa sytuacja. Na twarzy dziewczyny widziałaś zaskoczenie zmieszane ze zdziwieniem i szczerym zdenerwowaniem.
- Tomasz co ty u diabła robisz?
- Przepraszam za tak nagłe zwalenie się Tobie na głowę – zrobił pauzę. Popatrzył z zakłopotaniem na przyjaciółkę – I to dosłownie.
- No nie powiem jest to ogromne zaskoczenie. Ale powiedz mi co ty tutaj robisz?
- Uciekłem z domu. Ojciec nie uwierzył mi, że nic złego nie zrobiłem. Prawie mnie pobił gdy zapytałem czy mogę posłuchać wiadomości – zaczął sam z siebie szlochać. Właśnie do niego dotarło, że ojciec tracił panowanie nad sobą i chciał go uderzyć.
- Wszystko będzie dobrze – przytuliła go. Potem odsunęła od siebie – Twój tato pewnie boi się reakcji ludzi, którzy go otaczają. Spójrz na to z jego strony. Syn – jego wielka duma właśnie został oskarżony o włamanie w czasie kryzysu planetarnego. Wrócił do domu poobijany i nie wiadomo skąd to wszystko. Domyślam się, że nie powiedziałeś mu tego co mi. Bardzo mocno uważasz na słowa, ale przy mnie tego nie zrobiłeś gdy tylko usłyszałeś, że mam ci coś ważnego do powiedzenia. Tomasz musisz ogarnąć się.
Tomasz słuchał uważnie. Przyjaciółka patrzyła na niego ze zrozumieniem. Zdał sobie sprawę, że zrobił głupotę uciekając z domu. Teraz to sobie uświadomił. Akka zwróciła mu uwagę na punkt widzenia, na który nie zwrócił uwagi. Postanowił nie przerywać przyjaciółce. Jej słowa działy jak plaster na zranioną duszę.
-Tomasz ja też jestem zaniepokojona tym wszystkim. W ciągu jednego dnia zupełnie zmieniła się pogoda. Tak jakby środowisko próbowało chociaż na chwilę odzyskać równowagę. W wiadomościach, jednak zwrócono uwagę na inny aspekt. Temperatura rośnie i to bardzo. Wieczorem powinno być chłodniej. Również też zauważyłes, że przestali informować o statku wojennym wiszącym na wysoką orbitą okołoplanetarną. Po prostu wszystko to jest dziwne.
Przez dłuższą chwilę milczeli. Stali na środku pokoju jakby na coś czekali. Tomasz czekał aż przyjaciółka coś powie, ale ona patrzyła mu w oczy. Po raz kolejny przyznał, że ma bardzo piękne oczy. W końcu zmęczony całą sytuacją usiadł na podłodze. Akka popatrzyła na niego ze zdumieniem. Po chwili zrobiła tak samo. Przybrała postać lotosa. Zaczęła głośno oddychać. Tomasz wpatrzył się na nią. Wyglądała na bardzo skupioną. Gorączkowo nad czymś myślała. Natomiast on nie wiedział co ze sobą zrobić. Zaczął już myśleć, że popełnił błąd, że uciekł z domu. „Jednak, nie – powiedział do siebie w myślach. Przecież w domu już nic by nie wymyślił konstruktywnego. Przyjaciółka otworzyła mu oczy, że potrzebuje kogoś kto mu uwierzy. Nie jest to ani Pan Moritz, ani nikt z paczki przyjaciół – Zastanawiał się przez chwilę co zrobić dalej – musi zobaczyć się z Nestorem”. Z zamyślenia wyrwała go Akka szturchająca w ramię.
- Ej stary!!! – krzyknęła – ja się tu produkuję. Mówię do Ciebie, a ty jesteś w zupełnie innym świecie
- Wybacz - ledwie wymamrotał. Tak zamyślił się, że nie zauważył, że Akka próbowała coś mu powiedzieć.
- Nad czym tak rozmyślałeś?
- Muszę udać się do osoby, która mi uwierzy. A jest to nestor.
- Dlaczego miałby Ci pomóc – zapytała z zaciekawieniem. Nigdy nie słyszała o nestorze rodziny Tomasza. Musiała to być bardzo szanowana osoba.
Tomasz po chwili zawahania powiedział jej prawdę. Na dowód swoich słów pokazał starożytną pisaną ręcznie książkę.
- Tę o to książkę otrzymałem od nestora na urodziny – powiedział poważnym tonem – z tego co przeczytałem to opowiada o nieznanym świecie gdzie występuję magia. Jest bardzo stara, nawet nie wiem ile dokładnie ma lat.
-Może to jest wytwór naszej cywilizacji – zauważyła. Wpatrywała się książkę z uwielbieniem. Pierwszy raz coś takiego widziała. Papier to rzecz nie spotykana od tysięcy lat. – przyznam, że nigdy nie widziałam czegoś takiego. Po prostu to jest absolutnie cudowne - jej przepiękne oczy zabłysnęły. Tomasz zauważył płomień pożądania. Akka być może nawet chciała mieć coś takiego jak on.
- I bardzo zadziwiające – wtrącił – bo została napisana ręcznie przez niejakiego Agamemnona Ramzesa Ozyrysa Volturi. Jest on czarodziejem, ale przede wszystkim okrył napęd takiego jakiego my nie znamy i to wiele tysięcy lat temu. Działa on na magię.
- Teraz to sobie Tomaszu chyba jaja robisz – żachnęła się Akka. Stwierdzenie jakoby ktoś wieki temu dysponował napędem, którego ich cywilizacja nie zna wyraźnie ją obraziła – mój ojciec jest na topie z nowinkami i by również się obraził na to co mówisz.
- Jeśli mi nie wierzysz to przeczytaj – otworzył książkę na wpisie o tym jak Agamemnon skonstruował silnik – Ja tego nie zmyśliłem. Mógł to zrobić Agamemnon. Jednak pozostaje inna kwestia. Agamemnon pisał, że w ciągu 50 lat przeleciał 500 milionów lat świetlnych. W takim razie jakim dysponował napędem, że tak daleko poleciał i to z przerwami?
Akka nic nie odpowiedziała. Przeczytała dokładnie te same wpisy co Tomasz. Chłopak urodził się w 2020 roku, ale to przecież nie mogła być ich rachuba czasowa – oczywista oczywistość. Nagle przyszedł jej do głowy pomysł.
- Tomaszku a może zbadam ją ile ona faktycznie ma lat? – zapytała patrząc prosto mu w oczy trzymając książkę ze skrzyżowanymi ramionami złożonymi na piersi – Dopiero wtedy dowiemy się czy to jest mistyfikacja czy autentyk.
- Zapewne jest jakiś haczyk – zapytał podejrzliwie.
- Wiesz co jak możesz mnie posądzać, żebym zaryzykowała zniszczenie tak ważnego zabytku – zamilkła na chwilę, a potem dodała – dobra powiem tak. Jeśli przesadzę z ilością fal to mogą zadziałać jak granat i rozsadzić Twoją książkę, a jak za mało no to nic się nie dowiemy. Musi byc idealnie i znam się na tym.
- A jest jakieś zabezpieczenie na przykład typu klonowanie?
O tym rozwiązaniu faktycznie nie pomyślała. Tak więc najpierw komputer zeskanował książkę na poziomie molekularnym. Została skopiowana co do jednego atomu. Akka kazała komputerowi stworzyć identyczną, ale z nowej materii. Trwało to trzy godziny. Tymczasem słońce zaczęło zachodzić. Niebo było zupełnie bezchmurne. Nie chcieli tak stać bezproduktywne i patrzeć na klonowanie książki. Wspólnie poszukali informacji czy wiadomo co jest z tym statkiem co wisi na wysokiej orbicie okołoplanetarnej. Niestety nie znaleźli żadnych nowych informacji. Zauważyli za to, że już dotychczas opublikowane wiadomości zostały na pewien sposób ocenzurowane. Było ich co raz mniej. Przeszli szybko na fora czy ktoś to zauważył. Tam też skasowano bardzo wiele wątków, a znaczna część użytkowników otrzymała bana. Ciekawą informacją rzucił człowiek o nicku Allohah: „Uważajcie co piszecie w sieci. Cenzurują wiadomości gdzie tylko się da. Nie ma statku i nie ma anomalii pogodowych. Ja znikam dla swojego bezpieczeństwa”.
- Akka rozumiesz coś z tego?
- Nic a nic.
- Czyli te burze mogły występować praktycznie wszędzie – zauważył – A teraz ta ładna pogoda jest efektem czego?
- Może chwilowego odzyskania równowagi przez przyrodę.
Książką skończyła się materializować. Akka wyciągnęła ją ostrożnie. Pomimo że była nowa to, jednak była równie delikatna jak oryginał. Oryginał umieściła na półce z czujnikami. Te zaczęły natychmiast wirować, a światła mrugały różnymi światłami. Komputer po chwili pokazał wyniki badania:
-Książka została wykonana ze skóry nieznanego gada, zdobienia ze złota, strony natomiast z drzewa dębu żelaznego. Pismo jest ręczne i zawiera atrament. Obiekt ma 8772 lata. Pochodzi z terenów promieniowania X-gamma. Potencjalna odległość od źródła wynosi 500-515 milionów lat świetlnych od ojczystej planety książki.
I wszystko stało się jasne. Tomasz otrzymał potwierdzenie, że książka jest starsza niż ich cywilizacja. Jest starsza niż legendy jakoby pochodzili z innej planety. Mieszkali tam tysiąc lat, a potem z niewiadomych przyczyn przylecieli do obecnego układu. Wszystko to było bardzo dziwne. Wychodzi również na to, że Agamemnon pisał prawdę. Przebył w ciągu 50 lat te 500 milionów lat. Czym jest więc za to promieniowanie x-gamma. Tomasz spojrzał pytająco na Akkę. Ona również była zaskoczona.
- Czym jest promieniowanie x-gamma? – zapytał drżącym głosem. Był bardzo roztrzęsiony tym co usłyszał – Przepraszam bardzo za mój stan. Nie rozumiem czym jest to promieniowanie.
- To promieniowanie oznacza jedno – technologia poddaje się dziwnej mocy. Nazywamy bliską antymaterii – zamilkła na chwilę. Wskazała na książkę – ona jest starsza niż nasza cywilizacja i mówi o statku będącym silnie zaawansowanym technicznie. A co ty na jakby ten statek wisiał nad naszymi głowami?
XVI rozdział
[edytuj]Pan Moritz zmierzał do drzwi z agentami służby bezpieczeństwa. Wiedział, że należy jak najszybciej rozwiązać problem. Z tego co wiedział chłopak jest w areszcie domowym za wtargnięcie do szkoły. Wziął głęboki oddech. Musiał to bardzo dobrze rozegrać lub będzie klapa. Zadzwonił do drzwi i czekał spokojnie aż ktoś mu otworzy. Agenci pokazywali lekkie zdenerwowanie. Stawka jest bardzo wysoka, a wiele mogą stracić przez swoją nieostrożność. Musieli ustalić co chłopak wie. Pan Moritz po incydencie z Tomaszem postanowił przyjrzeć się monitoringowi w szkole. Trop był bardzo dobry, ponieważ wiedział z jakiego powodu chłopak wrócił na uczelnię. Pozostaje pytanie co wyciągnął z hologramu i ile danych przeanalizował. Może być tak, że nie ma niebezpieczeństwa ujawnienia tajemnicy państwowej. Popełnili już jeden poważny błąd. Najpierw udali się do przyjaciela „osadzonego”. Myśleli, że Karol będzie bardziej skory do współpracy. A to było tak: Godzinę temu poszli do domu Karola. Jego rodzice byli bardzo zaskoczeni kiedy nauczyciel astrofyzyki chciał rozmawiać z ich synem. Wszystko dobrze przebiegało do czasu aż Karol nie chciał powiedzieć całej prawdy o czym rozmawiał z Tomaszem. Agenci natychmiast napisali w jego imieniu do podejrzanego, że zrywa z nimi kontakty. Pan Moritz kilka sekund wcześniej wysłał wiadomości do wszystkich uczniów, że Tomasz jest persona non grata w szkole za włamanie. Karol poczuł, że honor jego przyjaciela jest niszczony i zaczął się stawiać. Jeden z agentów próbował go uspokoić. Bardzo eufemistyczne określenie brutalnego pobicia. Karol stracił przytomność po kilkunastu ciosach w głowę. Rodziców wyprowadzono z domu, a potem wraz z synem przewieziono ich do szpitala wojskowego. W ten sposób odizolowano potencjalna odnogę przecieku.
Drzwi otworzył im Kalliktus.
-Dzień dobry jestem Pan Moritz. Uczę…uczyłem Tomasza astrofizyki – zdjął kapelusz – Towarzyszą mi agenci służb floty kosmicznej. Chcielibyśmy zadać kilka pytań Twojemu bratu. Jest to ostatnia szansa dla niego, aby nie został relegowany z uczelni. Życzę mu dobrze i chciałym, aby wszystko dobrze się skończyło.
Kallikstus poprosił, aby na chwilę zaczekali na zewnątrz. Zdecydowanie nie należało to do uprzejmego traktowania gościa. Brat Tomasza zrobił to specjalnie. Pan Moritz, ani tym bardziej agenci nie pokazali mu nakazu aresztowania czy wejścia do ich domu, dlatego nie mogli wejść do środka bez zaproszenia. Ledwie co drzwi się zamknęły, to z powrotem otworzył je ojciec. Niedaleko od niego szedł Kallikstus. Był skierowany do nich tyłem, ale widać było, że jest zadowolony z tego co zrobił.
Agenci uważnie przyglądali mu się podczas gdy Pan Moritz szybko zaczął mówić do ojca Tomasza.
-Dzień dobry. chciałbym Pana przeprosić za dzisiejszy dzień. żyjemy w potwornie trudnym okresie i niepotrzebnie tak unieśliśmy się.
-Dzień dobry. W czym mogę pomóc – zapytał ojciec Tomasza, jednak nie wpuścił go od razu do środka. Chciał wiedzieć co chce od niego nauczyciel, który właśnie złamał karierę naukową syna i przy okazji jego nos. Pan Moritz również domyślił się o co chodzi. Nie mógł przecież wejść siłą do domu nie mając nakazu.
-Bardzo przepraszam za najście – spojrzał ojcu Tomasza w oczy – jednakże sytuacja jest bardzo niebezpieczna dla nas wszystkich. Nie chciałbym rozmawiać na ulicy. Powiedzmy, że przychodzę w sprawie najwyższej wagi państwowej, a Tomasz może mi udzielić kilku informacji. Wyjaśnimy w ten sposób wszystko – zrobił przerwę, po czym dodał – Jeśli wszystko będzie Tomasz wróci bezpiecznie na uczelnię.
To go przekonało. Ojciec Tomasza również chciał jakoś załagodzić konflikt z synem, zwłaszcza, że prawie go uderzył. A Pan Moritz zawsze umiał używać odpowiednich argumentów. Obyło się bez użycia przemocy, przynajmniej na razie. Jeszcze.<br
Wszyscy weszli do salonu. Agenci ustawili się tak aby każdego mieć na oku. Cała rodzina Tomasza siedziała na kanapie czekając aż Pan Moritz wyjaśni o co w tym wszystkim chodzi.
-Przejdę od razu do sedna sprawy – uruchomił hologram – Tomasz to widział u mnie w gabinecie – zgasił obraz i schował urządzenie do kieszeni – była to ściśle tajna informacja. Zobaczył dane opisujące statek. Nie powinien tego zrobić. Włamał się do klasy, po tym jak zostałem wezwany przez nasze państwo do konsultacji kilku zjawisk, potem ponownie włamał się do szkoły kiedy ta została zniszczona w czasie burzy. Uważamy, że szukał informacji o statku, którym teraz ja pokazałem.
Pan Moritz skończył mówić. Nastała głupia cisza. Każdy się gapił na niego. Zdał sobie sprawę ze złego doboru słów, dlaczego Tomasz zobaczył statek. Teraz jasno wynikało, że nie wiedział co podgląda. Wcześniejsze działania oparto na założeniu, iż działał z premedytacją. Ojciec Tomasza również do tego doszedł. Chciał wywalić z domu nauczyciela. Problemem byli agenci. Jeśli zrobi cokolwiek nie po ich myśli zapewne go również pobiją, tak jak zrobili to z Tomaszem. Zanim jednak będzie zmuszony im go oddać to postanowił walczyć o niego.
- Proszę pana – zaczął spokojnym, ale ostrym tonem. Pan Moritz również wyczuł zmianę tonu – widzę zmianę dotychczasowej narracji. Panowie przypominam więc, że jesteście moimi gośćmi. Nie mając nakazu nie możecie poruszać się swobodnie po moim domu. Jeśli zostanę pobity lub ktokolwiek z członków mojej rodziny zrobię ostrą wrzawę.
Agenci podeszli bliżej. Jeden z nich zaciskał ostentacyjnie zaciskał pięści. To też nie mogło nie zostać zauważone. Sytuacja robiła się z sekundy na sekundę co raz bardziej napięta. Pan Moritz zaczął działać nim wybuchłaby jakaś przemoc. Zmaterializował teczkę. Wyciągnął z niej klauzule wojskowe i podał je ojcu Tomasza.
- Przepraszam bardzo, ale do tej pory nie zapytałem jak ma Szanowny Pan na imię.
- Jestem Areus – odpowiedział ojciec Tomasza.
- Panie Areusie. Są to dokumenty przedstawiające klauzule wojskowe w sytuacji zagrożenia – wskazał na dokumenty, które podał Areusowi – określają procedury wojska co należy zrobić w sytuacji gdy planeta jest zagrożona. W tej chwili zagrożenie stanowi statek, który nagle pojawił się nad naszymi głowa w przestrzeni kosmicznej. Tomasz włamał się do bazy danych i nie wiadomo co z nimi zrobił. Chcę z nim normalnie, podkreślam tylko i wyłącznie, porozmawiać poza ramami tych procedur – mówiąc ostatnie zdanie stukał palcem w dokumenty – w przeciwnym razie wrócimy tu i agenci będą prowadzić już przesłuchanie swoimi sposobami.
Ojciec Tomasza uważnie słuchał. To była mocno zaowolona groźba użycia siły. Tylko nie wiedział czy na samym Tomaszu czy również na pozostałych członkach rodziny.
XVII rozdział
[edytuj]Nastąpiła chwila dłuższej krępującej ciszy. Agenci łypali na każdego z domowników. Areus miał ciężki orzech do zgryzienia. Albo pozwoli, że jego syn będzie torturowany, albo cała rodzina ucierpi. Pan Moritz niechętnie chciał używać przemocy, ale nie miał czasu na gierki dyplomatyczne.
- Dajecie nam bardzo prosty wybór. Mamy poświęcić Tomasza, abyśmy nie dostali wpierdziel od tych osiłków – odezwał się Kallikstus.
- Radzę zamknąć się mój drogi chłopcze – powiedział jeden z agentów – nie wiesz o co jest stawka, więc nie pajacuj mi tutaj, bo to się źle dla Ciebie skończy - mówiąc to wymierzył groźnie palcem wskazującym w chłopaka.
-Czy grozi pan mojemu synowi? – zapytał Areus poważnie jak tylko pozwalał mu na to strach. Zasłonił swoim ciałem syna – Jak śmiesz grozić mi we własnym w domu. Proszę abyście wrócili tutaj jak będziecie mieli nakaz – Tym razem to on wskazał swoim nieproszonym gościom na drzwi wyjściowe.
Agenci nie chcieli jednak bawić się w niuanse prawne. Mieli zadanie do spełnienia i to najwyższej wagi. Podeszli natychmiast do ojca Tomasza. Jeden z nich odsunął go od Kallikstusa, a drugi natychmiast ruszył w stronę chłopaka. Drogę zagrodziła mu jego matka. Agent sprawiał wrażenie, że i ją obezwładni byleby pokazać swoją wyższość. Areus nie mógł się ruszać. W jego oczach można było zobaczyć strach o losy rodziny. Kallikstus jednak odsunął matkę. Nie chciał, aby ucierpiała. Agent uśmiechnął się tylko szyderczo.
-Co taki mizerny i cherlawy chłopiec może mu zrobić – pomyślał. Już chciał wymierzyć cios gdy Pan Moritz kazał wszystkich uspokoić się. Wykonał szybki telefon i przekazał słuchawkę agentom. Ci natychmiast spoważnieli. Widocznie rozmawiali ze swoim przełożonym. Zakazano im używania przemocy względem rodziny Tomasza. Głos w słuchawce był straszny. Należał do nieznanej kobiety.
- Proszę państwa. O to jest moja propozycja – Starszy Pan mówił groźnym tonem, a przynajmniej starał się. Sytuacja zaczęła być poza jego kontrolą. Mogłoby to się skończyć niepotrzebną zbrodnią – Pójdziemy na górę i w waszej obecności porozmawiamy z Tomaszem. Jest to moja ostateczna propozycja. Nie mam czasu na pierdoły, a tu liczy się każda sekunda.
Areus uważał, że ta propozycja jest całkiem logiczna, jednak zanim wyrazi zgodę na to postara się wynegocjować warunki oczyszczenia Tomasza. Dzisiaj zachowywał się wobec niego kompletny kretyn. Musi zrehabilitować się w oczach syna.
- Myślę, że jest to dobre rozwiązanie…. – zaczął mówić, ale Pan Moritz nie pozwolił mu dokończyć. Zapewnił, że karty jego rodziny zostaną wyczyszczone pod warunkiem, że zachowają tajemnicę państwową.
Zwolna zaczęli iść na górę. Pokój Tomasza znajdował się na końcu korytarza. Jako pierwszy szedł Areus z Kallikstusem. Tuż za nimi szła kobieta, a obok niej Pan Moritz. Wyraźnie było widać ulgę na jego twarzy. Bardzo mocno bał się użycia siły. Już dzisiaj było tego za wiele. Agenci ledwo panowali nad sobą. Na samym końcu szli właśnie oni. W tajemnicy odbezpieczyli broń laserową. Byli gotów do ataku w razie gdyby sytuacja nieposzła po ich myśli. Jedynie Pan Moritz był najważniejszy. On miał żyć. Reszta to tylko niepotrzebni statyści. Gdy doszli do drzwi agenci przecisnęli się do obu krańców framugi. Areus jednak zebrał w sobie siły i zapukał do pokoju nim osiłki zrobiły cokolwiek. Odpowiedziała mu tylko cisza. Miał nadzieję, że syn śpi. Ponownie zapukał i znowu to samo. Postanowił otworzyć drzwi nim to zrobią rozeźleni agenci. Niestety nie chciały ustąpić. Tomasz musiał zamknąć je na hasło głosowe.
-Komputer tu Areus, obejdź zabezpieczenie głosowe i otwórz drzwi – powiedział głośno. Miał nadzieje, że to wystarczy. System operacyjny domu dość dłuższą chwilę analizował polecenie. W tym czasie jeden z agentów wyjął dziwne urządzenie. Kallikstus rozpoznał w nim mobilne urządzenie do unieszkodliwiania elektroniki. Gdy agent już chciał umieścić je na drzwiach komputer odblokował je. Jako pierwszy do pokoju wszedł Pan Moritz a zaraz po nim pozostali. Tomasza oczywiście w nim nie było.
- Czy to są jakieś żarty? – zapytał wściekły Pan Moritz – gdzie do ciemnego diabła jest ten chłopak?
- Powinien tu być – powiedział Areus równie zaskoczony tak jak pozostali.
- A jednak go nie ma – wrzasnął Moritz – I teraz właśnie sobie nagrabiłeś. Wyciągnął ponownie telefon. Gdy skończył rozmawiać zmaterializowało się kolejnych dwóch agentów. Nauczyciel dał znak, aby działali. Obezwładnili rodzinę Tomasza. Areus zaczął krzyczeć, aby zostawili ich w spokoju, ale to było nadaremne. Moritz zaczął rozglądać się po pokoju, ale nic nie znalazł wartego uwagi.
-Agencie Lindorf – zwrócił się do tego najbardziej agresywnego z grupy – możesz działać.
Nie minęło nawet sekundy gdy rzucił Areusa o ziemię. Zanim ten zareagował zaczął okładać go pałką elektryczną po całym ciele. Mężczyzna wrzeszczał z bólu. Raził go wielokrotnie prądem. Tortury trwały dosłownie kilka minut, ale na wszystko musiała patrzeć jego rodzina. Usadowili ich na niezbyt wygodnych krzesłach. Matka Tomasza była przerażona i szlochała. Krzyczała coś nie zrozumiałego. Kilka razy zesikała sie pod siebie ze strach. Kallikstus natomiast próbował pomóc ojcu, ale miał siły, aby uwolnić się. Lindorf brutalnie posadził Areusa na fotelu, po czym zaczął okładać go pięściami w twarz w przerwie między słowami:
- Gdzie…jest…Twój..syn..powiedz…a…przestanę…bić…
Ojciec Tomasza stracił przytomność. Lindorf jednak nie był usatysfakcjonowany. Położył Areusa na podłodze nie dbając zbytnio jak to robi. Miał w oczach mord i widać było, że lubił bić ludzi. Wpatrywał się raz na Kallikstusa raz na kobietę. Po chwili wskazał na nią. Matka Tomasza zareagowała z histerycznym płaczem. Powtarza ciągle, że nic nie wie. Prosiła o łaskę dla siebie. Obiecywała, że będzie współpracować z władzami. Nie chce być bita. Powtarzała to cały czas.
- Błagam…ja jestem niewinna…ja o niczym nie wiem…zróbcie Tomaszowi co tylko chcecie…ale dajcie nam spokój…pozwólcie nam żyć.. – szlochała.
Lindorf ściągnął pasek od spodni. Spojrzał prosto w jej oczy. Z uśmiechem na twarzy podniósł rękę i uderzył ją kilkukrotnie po twarzy. Kallikstus ugryzł agenta pod pachą, a ten puścił. Nie zdążył go ponownie złapać. Poczuł w sobie straszliwą nienawiść. Przypływ siły pozwolił opanować mu strach i zadziałać. Natychmiast rzucił się na Lindorfa. Ten nie spodziewał się ataku ze strony tego chuderlaka. Nim zareagował Kallikstus wbił mu długopis w lewe oko. To była ostatnia czynność jaką chłopak zrobił w życiu. W sekundę później błysnął czerwony laser, który wypalił mu dziurę w klatce piersiowej.
-Wystarczy, wystarczy - krzyczał Pan Moritz – ma być natychmiast spokój.
Zmaterializowali się za chwilę kolejni agenci. Pierwszy z nich zabrał matkę Tomasza z pokoju. Drugi próbował reanimować Kallikstusa, jednak było za późno. Trzeci chwycił za rękę wrzeszczącego Lindorfa i aportował się z nim nieznanym kierunku. Jako ostatnia pojawiła się kobieta, którą mogliśmy zobaczyć na samym początku tej historii.
- Moritz co tutaj się stało – zapytała
- Sytuacja wymknęła się nam spod kontroli – odpowiedział cierpkim głosem – mamy apokalipsę przecież, a tu non-stop jakieś komplikacje…
- Powtórzę pytanie – przerwała mu – co tutaj się stało? – tym razem głos miała lodowaty niczym temperatura zamarzania wodoru.
Pan Moritz popatrzył na pokój. Było kilka dużym plam krwi i moczu. Do tej pory nie zajęto się nieprzytomnym i ciągle krwawiącym Areusem. Faktycznie sytuacja wyglądała niezbyt dobrze – pomyślał.
- Czy ty do jasnej cholery nie potrafił mi odpowiedzieć na to PROSTE pytanie? – ponownie zapytała.
- Sytuacja wymknęła nam się spod kontroli..- powtórzył. Chciał dalej kontynuować, ale kobieta przerwała mu. Była strasznie zdenerwowana. Wyciągnęła papierosa i zapaliła. Łypała groźnie to na Moritza to na pokój.
- Powierzam ci bardzo proste zadanie. Miałeś zapytać chłopaka czy coś widział bez zbędnego bicia. A najpierw pobiliście przyjaciela Tomasza. Karol ma wstrząśnienie mózgu i leży w naszym szpitalu. Dostałam raport ze szpitala. Chłopak z tego wyjdzie, ale konsekwencje i tak zostaną wyciągnięte – powiedziała poważnym głosem po czym zapytała – kogo pozwoliłeś pobić?
Zanim Pan Moritz odpowiedział usiadł na krześle, gdzie matka Tomasza zesikała się ze strachu. Czuł, że jego spodnie robią się mokre.
- Pani Naczelna Admirał Floty Wojennej pozwoliłem na pobicie Karola i Areusa – odpowiedział krótko, chociaż wiedział, że to dopiero początek starcia z kobietą.
Naczelna Admirał Floty Wojennej zarządzała armią kosmiczną. Do jej zadań należało również zapewnienie bezpieczeństwa planecie. Od początku kryzysu była zwolenniczką zabranie statku jak najdalej od planety i wysadzenie go w bezpiecznej odległości. Teraz jednak mieszkańcy planety wiedzą o istnieniu problemu i widzą nieudolne działania cenzorów. A na dodatek osoba odpowiedzialna za naukową sekcję rozwiązywania problemu uwikłała się w pobicie.
- Moritz ja nie mam do Ciebie człowieku cierpliwości. Po co bierzesz się za rzeczy przestające Ciebie. Agenci jak widać mają Twoje zdanie w dupie. Ale po kolei sobie to wyjaśnimy – zapaliła kolejnego papierosa – A następnie rozwiążemy ostatecznie problemy.
- Dobrze Pani Admirał.
- Czyli tak. Wydałeś rozkaz pobicia Karola i Areusa. Zgadza się?
- Tak proszę pani
- No dobrze a czemu siedzisz na obszczanym krześle? Jak do tego doszło?
- Kobieta wpadła w panikę….
-„Kobieta wpadła w panikę” – zacytowała go Pani Admirał z nieukrywaną ironią – Masz mnie za idiotkę? Jak miała zachować się ta kobieta skoro widziała jak pobito do nieprzytomności jej męża. Nie wiedziała jaki los czeka ją i jej dzieci. Jesteś po prostu żałosny, ale opowiadaj dalej. Słucham.
Pan Moritz wstał. Miał dosyć kpiącego tonu swojej przełożonej. Wiedział, że ma wiele racji, jednak jest ważną osobą i teraz od niego dużo zależy. Nie miał zamiaru być kozłem ofiarnym.
- Sytuacja wymagała bardzo szybkich działań, więc biorę pełną odpowiedzialność za to co się tu stało – powiedział oficjalnym tonem.
Naczelna Admirał popatrzyła na niego z politowaniem.
- Owszem konsekwencje poniesiesz, ale najpierw mi odpowiesz jeszcze na kilka pytań, jeśliś łaskaw. – Zapaliła trzeciego papierosa. Zmaterializowała swój wygodny fotel. Usadowiła się na nim – co się stało agentowi Lindorfowi?
- W czasie gdy przesłuchiwał kobietę ten zabity chłopak najpierw wyrwał się z łap Twoich idealnych agentów – musiał chociaż tak wbić szpilkę pod paznokcie – i wbił mu długopis w oko – widząc, że Naczelna admirał nie odzywa się dodał – Twoi agenci nikogo nie przeszukali, a taka jest procedura.
Naczelna Admirał wyciągnęła swój tablet i gdzieś zadzwoniła. Zapytała o stan Lindorfa. Kazała mu się aportować do domu Tomasza gdy tylko będzie wstanie chodzić. Nakazała mu zbytnio nie zwlekać. Dziesięć minut później ranny agent wykonał rozkaz. Ukłonił się nisko przed kobietą. Widać było, że czuł przed nią respekt.
- Wiesz co Lindorf – zaczęła nie siłując się na to by pokazać choćby odrobiny współczucia dla rannego – wkurzasz mnie. Za często masz wpadki. A teraz to. To Twoja trzecia pomyłka w ciągu jednego dnia. O trzy za dużo.
- Jak to trzecia? – przerwał jej agent.
- Czy ja tobie pozwoliła, przerywać mi wypowiedź? – zapytała go bardzo głośno – ty chyba pomyliłeś się. Miałeś słuchać się Moritza. Nie przerywaj mi – wrzasnęła gdy tylko agent próbować coś powiedzieć na swoją obronę - Pierwsza wpadka to w jego gabinecie. Nie dopilnowałeś, aby dowód rzeczowy został zabrany, druga wpadka to bezsensowne pobicie Karola. A trzecia i największa jest powodem wstydu dla Ciebie. – patrzyła na niego z prawdziwą odrazą – jak mogłeś pozwolić sobie wybić oko?
- Ależ pani admirał wykonywałem obowiązki – próbował usprawiedliwiać się. Puls mu skoczył, że czuł zawirowania w głowie. W tym momencie puściły mu szwy, bo spod opatrunku zaczęła sączyć się krew.
- Widzisz nawet Twój organizm pokazuje, że łżesz – powiedziała do niego wskazując palcem na jego oko – pasek do spodni zgubiłeś, co?
- Ale…ja…
- Biłeś kobietę paskiem od spodni.
Niespodziewanie wstała i pokazała mu „zagubiony pasek”. Agent skulił się ze wstydu. Naczelna Admirał nie miała w sobie współczucia dla niego. „A ja oddałem tej planecie własne zdrowie” – mówił do siebie z rozżaleniem w myślach. Postanowił coś powiedzieć na głos. Podniósł głowę i w tym samym momencie otrzymał cios pasek w twarz.
- To było za pierwszy błąd – usprawiedliwiała w ten sposób to co zrobiła. Po czym wymierzyła kolejny cios w twarz – to był za drugi błąd.
Lindorf spodziewał się trzeciego uderzenia za ten trzeci błąd, ale usłyszał tylko odbezpieczanie broni i ładowanie lasera. Spojrzał prawym, podbitym, okiem. Widział stojącą nad nim Admirał z bronią wymierzoną w niego. Próbował poruszać się, ale ta kopnęła go w twarz. Upadł.
- Zastanawiasz się pewnie Moritz – zwróciła się do nauczyciela astrofizyki. Stał jak wryty przyglądając się brutalnym karaniu agenta. Nie reagował w obawie o własne życie - Skąd to moje okrucieństwo? Powiem ci dlaczego ono teraz jest. Agent Lindorf zwolnił tempo naszych działań. Muszę teraz sprzątać po nim – Zwróciła się do agenta – Ja Naczelna Admirał Floty Wojennej Antaria Skykiller skazuję Ciebie agencie Lindorf na karę śmierci za zdradę stanu poprzez rozstrzelanie – ledwo co skończyła zdanie strzeliła agentowi w głowę.
Pan Moritz patrzył na nią z przerażeniem. Po raz pierwszy był świadkiem zabójstwa. Antaria nie wykazywała przy tym żadnych emocji. „Musiała to robić nie pierwszy raz” – pomyślał. Zaczął co raz bardziej bać się o swoje bezpieczeństwo. Nie chciał umierać. Miał misję do wykonania. „Muszę uratować świat, siebie, moje dokonania naukowe”.
Naczelna Admirał zdawała się nie widzieć jego zamyślenia i przerażenia. Jak gdyby nigdy nic wróciła do wykonywania swoich czynności. Najpierw kazała zabrać ciało agenta Lindorfa. Następnie nakazała umieścić matkę Tomasza z zakładzie zamkniętym. Ciało Kallikstusa poleciła poddać kriohiberancji. Miała nadzieję, że uda się chłopaka przywrócić do życia.
- A co do Areusa to zostanie on przetransportowany do naszej bazy – powiedziała do Moritza – jest specjalistą od Astrofizyki i Twoim niegdysiejszym uczniem. A jest bardzo dobry w te klocki. Zgadza się?
-Tak to był na swój sposób geniusz.
Antaria podeszła do okna. Jej uwagę przykuł dziwny przedmiot. Gdy go wzięła do ręki poczerwieniała ze złości. Otworzyła list Tomasza do rodziny. Po jego przeczytaniu wiedziała co chłopak wie, a czego nie.
- Moritz, a czy kazałeś przeszukać pokój? – Zapytała w miarę już pewnego siebie starszego Pana. Odzyskał spokój gdy ta zaczęła z nim normalnie rozmawiać.
- Niestety nie. Nie było czasu – odpowiedział spokojnie.
- Radzę ci pomyśleć o emeryturze, w przeciwnym razie skończysz jak Lindorf. Limit Twoich wpadek został wyczerpany.
Zdematerializowała się natychmiast po zakończeniu zdania pozostawiając Pana Moritza samemu sobie. On również aportował się do bazy wojskowej pozostawiając pusty pokój.
XVIII rozdział
[edytuj]Areus obudził z potwornym bólem głowy. Nie wiedział co się dzieje. Nie wiedział jak trafił do tego miejsca. „W zasadzie co to za miejsce”? – pomyślał. Ledwo co widział. Światło go oślepiało. Ktoś musiał być koło niego. Było to kilka osób, ale nie rozumiał co mówią. „Oni mówią do mnie?” – zapytał sam siebie. Oczy wyłapywały co raz więcej. Obraz przestał być jedną wielką plamą. Areus skupił się na kształtach. Z początku były one niewyraźne, ale z każdą sekundą nabierały ostrości. „Chyba powoli wracam do siebie” – próbował powiedzieć na głos. Jednak organizm odmówił mu posłuszeństwa. Dopiero teraz zrozumiał, że zupełnie nie rusza się. Jedynie co mógł zrobić to zamknąć i otworzyć oczy. Ręce i nogi? Czuł, że je posiada, ale nie ma nad nimi żadnej władzy.
-Co się stało u mnie w domu? – powiedział sam do siebie – czy ten Lindorf tak mnie pobił, że zrobił ze mnie kalekę?, co z moim synem Kallikstusem? A z moją małżonką? – Narastała w nim panika. Po raz kolejny w tym dniu. A wszystko przez to, że Tomasz poznał tajemnicę. Z jednej strony czuł złość na zaginionego syna, ale też bał się o jego los. Znowu jednak myśli powędrowały do niedowładu ciała. Nie ustępowało ono, pomimo że już minęło kilka minut odkąd się ocknął. Za to wzrok poprawił mu się na tyle, że już rozróżniał przedmioty od ludzi. Niedaleko niego stało troje ludzie. Nie zwracali uwagi, że obudził się. Rozmawiali o czymś, ale w dalszym ciągu Areus nie wiedział o czym. Próbował przewrócił głowę na bok, ale mięśnie nie wykonały polecenia. Wydał z siebie przyduszony jęk. To już zwróciło uwagę zgromadzonych. Podszedł do niego młody lekarz. Wyjaśnił mu, że jego mięśnie zostały farmakologicznie sparaliżowane, dlatego nie może poruszać się. Zapewnił go, że jest to chwilowy paraliż dla jego bezpieczeństwa. Jednak nic powiedział w jakim celu to zrobiono.
-Panie Areusie zostawię pana samego na chwilę – powiedział lekarz – przyjdzie do pana ważna osobistość z wojska. Będzie chciała z panem porozmawiać – zrobił pauzę, po czym dodał ciszej – Ona jest bardzo niebezpieczna i nie należy jej denerwować. Nie ma żadnych skrupułów, aby zabić. Już dzisiaj to zrobiła. To był jeden z jej agentów.
Lekarz szybko wyszedł. A wraz z nim zgasło światło. Tylko nad łóżkiem pozostawiono blade oświetlenie. Areus był cały spięty, chociaż tego nie było widać. Kolejna porcja strachu zajrzała mu w oczy. „Czemu ten dzień musi być tak zły” – powiedział do siebie. Zrobiło się strasznie cicho jakby wszystko wokół niego czekało na to co się wydarzy.
Usłyszał w oddali odgłos obcasów. Zbliżały się. Udało mu się jakoś spojrzeć na drzwi. W jednej chwili nie było w nich nikogo a w drugiej stała postać. Widział tylko jej zarys. „To chyba jakaś kobieta” – pomyślał. Ku jego zdziwieniu zapaliła papierosa i podeszła do niego. Zobaczył piękną kobietę. „Musi należeć do floty” – pomyślał widząc odznaczenia na mundurze. Pierwszy raz w życiu taki widział. Ciemnogranatowy. Na pagonach było pięć czarnych gwiazdek. Oznaczało to, że ma przed sobą wysokopostawioną szychę. Areus próbował podnieść troszkę oczy, aby zobaczyć twarz gościa.
- Panie Areusie, proszę nie próbować podnosić oczy, bo to i tak nie masz władzy nad własnym ciałem – powiedziała kobieta. Zbliżyła się do niego. Była mniej więcej w jego wieku. Miała srogi wyraz twarzy – A sprawa jest poważna i nie zamierzam tracić czasu – pociągnęła mocno papierosa – Po pierwsze stracił Pan władzę nad ciałem przez to agent potraktował pana pałką. Pałka ta poraziła ośrodkowy układ nerwowy. Po drugie: na moje polecenie lekarz nie podał panu leków neutralizujących efekt – Areus gdyby mógł to by teraz ją zabił za to, ale na tę chwilę musiał wystarczyć zabójczy wzrok. Kobieta nie mogła tego nie zauważyć – Odzyskasz sprawność – zapewniła go – ale po spełnieniu naszych warunków. Po pierwsze zachowa Pan w tajemnicy to co się działo u Ciebie w domu. Po drugie będziesz współpracował z Moritzem. Otrzymasz dostęp do tajemnicy państwowej. Po trzecie zerwiesz z dotychczasowym życiem. To nie podlega jakiejkolwiek negocjacji. A teraz podam Ci lek i masz mi odpowiedzieć czy wyrażasz zgodę.
Kobieta podała do kroplówki niebieski płyn. Areus czuł przeszywający ból zaczynający się od głowy i rozchodzący się ku kończynom. Wraz z nim odzyskiwał czucie, jednak gdy próbował zrobić jakiś ruch, nawet minimalny, przeszywało go potworne kłucie. Mijały kolejne minuty. Niby było co raz lepiej, ale miał wrażenie, że trwa to zdecydowanie za długo. Kobieta w dalszym ciągu patrzyła na niego z kamienną miną. Czekała na coś. Areus zaczął również odzyskiwać mowę. Na początku były to jednak pochrząkiwania. W pół godziny później potrafił ułożyć kilka zdań. Bardzo mocno zdziwiło go, że po raz kolejny podała mu lek. Natychmiast zadziałał, ale nie odczuwał tak intensywnego bólu jak uprzednio.
- Druga dawka powinna przyspieszyć reakcję – powiedziała po chwili.
-Co…z…z…z…moooojąąąąą…ż-żoo-o-nną – zapytał jąkając się przy tym.
-Widzę, że efekty w dalszym ciągu zbyt za mocno utrzymują się – przygotowała trzecią dawką – Będę musiała Ci podać trzecią dawkę, chociaż nie powinnam tego robić tak szybko, ale czas nas nagli. Jednak najpierw mi odpowiedz na moje pytanie.
-Tooooo….n-ni-iii-e pyy-ta-tanie-nie tyy-tylko ul-ul…
-Ultimatum – dokończyła za niego. Jej głos wskazywał, że zaczęła tracić cierpliwość – posłuchaj mnie Areus, albo wyrazisz zgodę na współpracę, albo porażę cię prądem i zostawię Cię w takim samym stanie w jakim cię tutaj zastałam aż do zasranej śmierci. Dasz chyba radę odpowiedzieć na moje ultimatum bez tego okropnego jąkania się?
-Taakk…Wyrażam zgodę – kosztowało go to strasznie dużo energii. Poczuł jak zmęczenie obezwładnia całe ciało. Miał wrażenie, że zaczął spadać w do ogromnej otchłani, pełnej ciemności. Zamknął na chwilę oczy. Przez chwilę udawało mu się nie powtórzyć to, jednak senność co raz bardziej go ogarniała. „Potrzebuję tej trzeciej dawki” – powiedział w myślach do siebie.
-Zanim podam ci kolejną dawkę to wiedz, że prawdopodobnie zemdlejesz – po czym dodała – Twoja żona została pobita przez agenta Lindorfa. Obecnie znajduje się w szpitalu psychiatrycznym. Twój syn stanął w obronie matki i wybił oko agentowi. Zginął na miejscu z wielką dziurą w klatce piersiowej. Tomasza nie znaleźliśmy, ale wiem co wie a czego nie – skierowała się ku drzwiom – Miłych snów.
Areus został sam, ale zaraz potem zapadł w głęboki sen.
XIX rozdział
[edytuj]Akka i Tomasz wpatrywali się z księgę. Stała się dla nich czymś w rodzaju prehistorycznego artefaktem. Tak cennym, że nie potrafili tego dokładnie określić. Może dziwić fakt, że pomimo takiego wieku była w idealnym stanie, jakby była nowa, ale równocześnie stara. Może nawet magia utrzymywała ją przy żywotności. Akka chciała sprawdzić jak działa mechanizm otwierający skrzynkę, ale gdy tylko dotknęła panelu wrócił do stanu pierwotnego, także nie wyróżniałby się od innych starych wolumenów. Postanowiła sprawdzić napięcie panujące wewnątrz struktury kryształu, ale okazało się to niemożliwe. Urządzenia wykazywały, że jest pusty. To co jest widoczne to powłoka czegoś bliżej nieokreślonego. Nie miało żadnych właściwości fizycznych czy chemicznych, które byłyby interesujące. Również kopia zachowywała się podobnie. Badania przerwało im pukanie do drzwi. Tomasz szybko schował się we wnęce przy wejściu do pokoju. Trzymał kurczowo swój skarb. Do pokoju weszła mama Akki.
- Kochanie choć na kolację.
- Dobrze mamo.
- No i tato wrócił z pracy – po czym dodała zatroskanym tonem – ale kochanie nie męcz go pracą. Widać, że jest bardzo zmęczony i potrzebuje spokoju.
Akka wyszła wraz z mamą zostawiając samego Tomasza. Nasz bohater dopiero teraz sobie przypomniał jak bardzo jest głodny. Może przyjaciółka mu przyniesie cokolwiek do jedzenia. Postanowił poczęstować się napojem jabłkowym. Chciał sprawdzić czy kryształ ulegnie zmiany gdy go dotknie. Troszkę obawiał się, że Akka coś zepsuła. Ku swojemu zadowoleniu zamienił się panel dotykowy, tak jak za pierwszym razem. Czekając na Akkę postanowił, że przeczyta kolejny wpis:
„Od czego by tu zacząć? Po pierwsze naprawdę muszę opuścić planetę. Niedawno dowiedziałem się, że moja dziewczyna jest ciąży, a rodzina na pewni nie zaakceptuje tego związku, bo nie należy do czystkorwistego rodu. A jeśli nie ożenię się to moje dziecko umrze przez tę straszliwą klątwę. Jej zadaniem jest niedopuszczenie do powstania nieprawych linii rodu Volturi”
Była to pierwsza część wpisu. Tomasz już wyrobił sobie zdanie na temat jego rodziny. Była to w pewnym sensie patologiczna familia, której nie interesowało nic oprócz posiadania władzy i zachowania czystości krwi za wszelką cenę.
„Dzisiaj dokonałem aktu heroizmu. Ożeniłem się w tajemnicy przed Ferdynandem. Ślubu udzielił mi brat Łukasz. Świadkiem była również ciocia Izabela. Szkoda tylko, że Łukasz i Izabela są małżeństwem. Zupełnie do siebie nie pasują. To małżeństwo polityczne. Są razem, ale osobno, mają dzieci, ale jednak czują ten ciężar przyszłej władzy na swoich barkach. Zapewniwszy bezpieczeństwo mojemu nienarodzonemu dziecku mogłem nieprzerwanie pracować nad statkiem kosmicznym. W przeciągu paru miesięcy udało nam się wydobyć z asteroid ponad milion tom tytanu i kilka ton irydu. Statek budowało kilka stoczni tak, aby nie wiedziano co dokładnie robimy. Dzięki mojemu zespołu wyciągnęliśmy jeszcze więcej mocy z silnika. Irydowa osłona pozwala na stabilizację prędkości bliskiej prędkości światła. A z księżyca Saturna – Auele, nie dawno odkrytego, wydobyliśmy kilkanaście ton diamentu. Zyskalismy ogromne ilości najlepszego przewodnika w galaktyce. Czasami nasze badania są kontrolowane przez starego Ferdynanda. Dobrze, że on się na tym nie zna. Bo by skapnął się, że chcę opuścić, jeszcze, niebieski glob. Dał mi bardzo ważny zakaz - nie wolno mi wydobywać zbyt za dużo złota. Tutaj staruch ma rację. Walutą Volteru w dalszym ciągu pozostaje ten kruszec. Przez pazerność Rosjan i Chińczyków złoża wyschły. Programy kosmiczne tych państw również stoją na niskim poziomie w porównaniu do nas. Powiadomiłem Ferdynanda, że statek będzie budowany na wysokiej orbicie Ziemi ze względu na bezpieczeństwo. Nie chcemy przecież, aby zestrzelono go. Taka argumentacja oczywiście przekonała starca. Nie rozumiem tego człowieka ma ponad 120 lat, ale dalej rządzi światem czarodziejów niczym jak dyktator. Dyktator nie wie o moim szachrajstwie. Wybuduję dwa statki. Ten budowany przy ziemi będzie dziełem mojego życia. Arką.
Moje dzieło będzie wspaniałe. Główny szkielet statku został wykonany niedaleko bazy przy Saturnie. Łącznie miał 400 metrów długości i 75 metrów szerokości. Spokojnie pomieści około dziesięciu tysięcy ludzi. Zaprojektowany jest w taki sposób, aby posłużyła tak jak mityczna Arka Noego. Poszycie i pancerz zostaną wykonane ze stopu tytanu i kryształków powstałych po wybuchu supernowej. Wzmocni to znacznie konstrukcję. Dopiero kiedy będzie gotowy, to ucieknę z tego piekła. Wyposażenie również jest imponujące, ale opisanie tego zajęłoby kilka stron, a wiadomo, że papier w naszych czasach jest bardzo drogi.”
Tomasz zrobił chwilę przerwy. Agamemnon wiec musiał uciekać z planety, ponieważ oszukał dyktatora. Chciał żyć tak jak pragnie. Przetarł oczy. W brzuchu mu burczało. Poczuł skurcz w żołądku. Miał nadzieję, że Akka nie zapomni o nim. Zje cokolwiek. Byleby zaspokoić głód. Tymczasem musiał coś ze sobą zrobić. Wrócił więc do czytania kolejnego wpisu.
„Kolejna udręka związania z przynależnością do rodu Volturi. Uczestniczyłem w paradzie startu trzech okrętów kosmicznej marynarki wojennej dyktatora czarodziejów. Stał on dumnie w pierwszym rzędzie wraz ze swoją małżonką Renatą z Habsburgów Lotaryńskich, obok nich byli dziadkowie Abraxas i Esme. Oboje pochodzi z rodu Volturi, ale Esme to córka brata dyktatora - Adama. Adam stał obok córki. W drugim rzędzie był zadufany w sobie mój ojciec Aro wraz z pierwszą i trzecią małżonką w jednym Kaliope Merowing. Mojej matki nie było. Ona dla nich nie istnieje. Chociaż ja też nie mam jakoś wysokiej pozycji w tej patologii. Mój brat stał obok rodziców. Izabela obok nich wraz z Fineasem Abraxasem. Ja miałem stać gdzieś jeszcze bardziej z tyłu, ale Łukasz stwierdził, że ród Volturi trzyma się razem. Fineas Abraxas patrzył na mnie skwaszoną miną. A ja wpatrywałem się w te piękne okręty wojenne. Na moje dzieło. Wtedy głos zabrał dyktator, to znaczy pradziadek. Ferdynand Volturi był ubrany w czarno-czerwony strój. Na skroniach miał koronę w stylu staroegipskich faraonów.
-Dzisiaj jest dniem, kiedy to ród Volturi jako pierwszy na świecie stworzył flotę marynarki kosmicznej. Te trzy okrętu to zalążek naszej obrony przed wrogami z zewnątrz, jak i wewnątrz – staruszek aż pękał z domy – Niech żyje ród Volturi. Niech żyje ród Lukanosów. Niech żyje ród Cullenów. Trzy tytaniczne rody razem scalone. Pierwszy okręt nazywa się Cadmus…”
Tomasz aż krzyknął z zachwytu zapominając, że powinien być cicho. Rodzice Akki nie wiedzą o jego obecności, ale na pewno słyszeli, że, według oficjalnej propagandy, jest przestępcą. Przez chwilę przesłuchiwał się czy ktoś nie idzie. Wytężał słuch jak tylko potrafił. Jednak nic nie usłyszał co powinno wzbudzić jego wątpliwości. Na wszelki wypadek przygotował teleporter. Wolał mieć go pod ręką. Jeszcze raz upewnił się, że nikt nie idzie. Ponownie usiadł przy książce
…Drugi okręt to Ozyrys a trzeci Deukalion….
Nagle drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem. Do środka wpadł mężczyzna a tuż za nim Akka wraz z matką.
Akka wraz z mamą zeszła na dół. Przy stole siedział jej tato. Faktycznie wyglądał na bardzo zmęczonego. Praca w ostatnich dniach jest bardzo ciężka i wymaga ogromnych poświęceń. Dlatego teraz rzadko bywał w domu. Spojrzał na Akkę smutnym wzrokiem. Dziewczyna wiedziała, że to nic dobrego nie znaczy. Być może nawet ojciec przyjechał do domu, aby przekazać im straszną nowinę.
Jedli w ciszy przez kilka minut. Nikt nie miał apetytu. Akka musiała jakoś ten talerz zanieść na górę. Tomasz przecież nic nie jadł i na pewno teraz myśli tylko jak i czy cokolwiek dostanie. Po chwili rozmyślań dopiero teraz zauważyła, że ojciec wpatruje się w nią. Trwało to już jakąś chwilę. Miała wrażenie, że chce jej coś powiedzieć, ale nie wie jak to zrobić.
-Tato czy wszystko jest dobrze?
Nic nie odpowiedział. Wziął kęs do ust. Bardzo długo go przeżuwał. Obie patrzyły się na niego ze zdziwieniem.
-Tato?
-Wszystko zmieniło się. Nie jest dobrze – w końcu odpowiedział – Mam wam coś ważnego do zakomunikowania.
-Tak? – odpowiedziały razem
- Nasza planeta za niedługo wybuchnie. Prawdopodobieństwo rośnie z każdą chwilą. Statek wiszący nad naszymi głowami jest zapalnikiem i jeśli jak tak dalej będzie wysyłał fale grawitacyjne to w końcu spowoduje reakcję łańcuchową i wylecimy w powietrze – powiedział jednym tchem. Matka Akki zakryła twarz dłońmi. Zaczęła płakać. Akka natomiast pozostała niewzruszona jakby usłyszała zupełnie idiotyczną teorię naukową.
- Czy zostaniemy ewakuowani? - zapytała matka drżącym głosem.
-Chyba tak – odpowiedział, po czym z namysłem dodał – Admirał Kosmicznej Floty Wojennej wspomniała, że tylko wybrani zostaną na pewno ewakuowani. Jest tylko trzy tysiące miejsc.
-A reszta zginie? - dopytywała Akka. Zaczęła co raz bardziej myśleć nad Tomaszem i jego udziałem w tej katastrofie.
Tak – w końcu i jej ojciec nie wytrzymał. Zaczął płakać. Wiedział o tym wszystkim od kilku dni. Strasznie bał się o losy rodziny. Zwłaszcza po incydencie w szkole z udziałem Tomasza.
-Akko masz zerwać jakiekolwiek kontakt z Tomaszem. Może być źródłem przecieku... - powiedział zdecydowanym tonem. Wręcz groźnym.
-Ale ja…
-Nie ma żadnej dyskusji… - wrzasnął - Admirał go szuka. Jego brat już nie żyje …- przerwał. Usłyszał czyiś krzyk na górze pochodzący z pokoju córki. Zerwał się natychmiast z krzesła i pobiegł na górę. Tuż za nim popędziły dziewczyna. Akka miała nadzieję, że uda się powstrzymać ojca przed zrobieniem jakiejś głupoty.
Ojciec Akki zobaczył Tomasza na łóżku córki. Natychmiast rzucił się na niego. Chciał go obezwładnić, ale nie było to tak łatwo. Chłopak walczył jak lew. Nie chciał zostać ponownie pobity. W odruchu wziął książkę i uderzył go w głowę. Mężczyzna ciężko upadł na podłogę, a sam książka spadła koło niego. Dziewczyny wydały z siebie wrzask. Tomasz zamierzał chwycić książkę i teleportować się do własnego domu. Zrobił susa, ale został powstrzymany. Ojciec Akki chwycił ją pierwszy i zamierzał ją rozedrzeć na pół. Nagle stało się coś niewytłumaczalnego. Książka poraziła go. Następnie z jej wnętrza zaczął bić niebieski blask, a potem rozeszła się od niej fala energii.
-Wszyscy przestać! – wrzasnęła Akka – Tato nic ci nie jest? – klęknęła obok ojca – Tomasz jest u nas, ponieważ jest fałszywie oskarżony.
Ojciec Akki patrzył na chłopaka ze złością. Dźwignął się z podłogi przy tym dysząc z wysiłku. Tomasz podniósł książkę, ale ta mu nic nie zrobiła. Odsunął się od nich i schował bezpiecznie książkę. Akka podeszła do niego, ale on odsunął się. Bał się jej. Nie wiedział czemu tak jest, ale czuł strach. Nim cokolwiek zrobiła aportował się w nieznane im miejsce.
Fala energii rozchodziła się dalej i dalej. Chociaż już nie widzieli. Pędziła co raz szybciej, pomimo że rosła średnica okręgu.
XX rozdział
[edytuj]Aleksander siedział przed kilkoma monitorami. Kontrolował satelity regulujące pogodę, a także badał fale radiacji. Najwięcej pracy miał z satelitami. Cały czas interweniowały. Co rusz gdzieś tworzyły się bardzo niebezpieczne fronty atmosferyczne. Do dyspozycji miał 12000 obiektów. Tylko dzięki nim planeta nie pogrążyła się jeszcze w chaosie. Kilka dni temu profesor Moritz przyszedł do niego z propozycją, której nie mógł odrzucić. Ze słów swojego dawnego nauczyciela wyczytał, że sprawa jest bardzo poważna. Być może zginie cała ludzkość wraz z wybuchem planety. Aleksander przez pierwsze kilka dni bardzo mało sypiał. Cały czas nadzorował system. Teraz jest oczywiście znacznie łatwiej, bo interwencje są podejmowane zanim pogoda narobi jakiś szkód. A ich już zdecydowanie wystarczy. Obok niego siedziały trzy osoby. Każdy co chwila wskazywał w różne miejsca na hologramach planety. Satelity wtedy zmieniały swoje dotychczasowe zadania i wykonywały pilne misje naprawcze. Aleksander przeciągnął się wygodnie na fotelu. Za godzinę kończyli zmianę. Wtedy będzie mógł odpocząć. Nie spodziewał się żadnych komplikacji. Fale radiacji zostały zminimalizowane do minimum. Zamknięto większość elektrowni, wstrzymano transport ciężkiego tonażu za pomocą teleporterów. Zastąpiono go zdecydowanie bardziej tradycyjnym. Statki nigdy nie były szeroko wykorzystywane, ponieważ nie zapewniały odpowiedniego przepływu towarów. Teraz to musiało się zmienić. Na orbicie planety dwie stocznie zaczęły budować sześć wielkich okrętów, która każda miała prawie kilometr długości. Aleksander oczywiście powątpiewał w zasadność pomysłu. Wolał wszystko oprzeć na satelitach. Zostało 55 minut do końca zmiany – popatrzył na zegarek. Podszedł do głównego hologramu. Trzymając w ręku kubek herbaty wpatrywał się w akcję interwencji ze strony satelitów. Był to teren niezamieszkany, ale mimo to nie można zostawiać anomalii samej sobie. W pewnym momencie może wymknąć się spod kontroli. A tego przecież nikt nie chce. Burza miała średnicę 145 kilometrów. Szybko nabierała mocy. Aleksander zauważył, że satelity zbyt opieszale zareagowały. Dosłownie to było o jedną sekundę później niżli tego by oczekiwał. „ta sekunda kiedy może nas zabić” – pomyślał. Satelity chyba jakby odczytały jego myśli. W logach zauważył wzmożony ruch. Pięć sekund później nie było śladu po burzy. Postanowił napisać maila do profesora Moritza:
„Szanowny Pani Profesorze.
Satelity bardzo dobrze spisują się w kontroli pogody, jednakże martwi mnie, że każda kolejna akcja jest o kilka setnych sekundy dłuższa. To samo tyczy się czasu reakcji. Sądzę, że Naczelna Admirałka będzie bardzo niezadowolona z tego. Proponuję, aby rozpocząć aktualizację oprogramowania satelitów, jak i zwiększyć ich liczbę o co najmniej 125%. Zajmie to kilka dni, ale dzieki temu skrócimy czas reakcji.
Z poważaniem
Dr. Aleksander”
Zawsze uważał, że wiadomości powinny być krótkie i jasne. Bez zbędnego opisywania każdej, ale to każdej permutacji. Ponownie wstał i podszedł do hologramu planety. Szukał mniejszych anomalii. Przy ujściu rzeki Sagrady do morza. Natychmiast nakazał satelicie nr 77. wykonanie korekcji pogody. Zbyt wysokie fale mogłyby zniszczyć falochrony. Obiekty te powinny być już dawno naprawione. Ich użyteczność spadała. W niektórych miejscach pojawiły się przecieki. Jednakże nikt do tej pory nie zajął się problemem. W razie gdyby pękły kilka miast zostało by zalanych. Zadowolony z siebie popatrzył jak anomalia rozprasza się. Jednakże dziwnych zachowania pogody było co raz więcej i więcej. Ale zostało mu tylko 45 minut do końca zmiany i kłopotów na dzisiaj. Teraz marzył o długiej gorącej kąpieli. Miał nadzieję, że odwiedzi go jego najlepszy przyjaciel. „Skoro zbliża się koniec to może warto powiedzieć mu o swoich uczuciach. Z drugiej strony to nie wiem co myśleć” – pomyślał. Przez chwilę sączył zawartość kubka. „Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zawsze liczyła się dla mnie praca i może po prostu samotność mi tak bardzo doskwiera” – natychmiast dopowiedział. Aleksander często ma podobne rozmyślania. Ostatnio zastanawiał się co by się stało gdyby gady postanowiły zrzucić zależność od ludzi. Nawet przez chwilę próbował sobie udowodnić, że obecny kryzys jest spiskiem gadziej planety.
Zostało już tylko 30 minut. Zwolennikiem gadziej teorii miał być sam Pan Moritz. Dzisiaj ma z nimi pracować. Musi posprawdzać dane.
Zawył alarm.
Aleksander popatrzył na hologram planety szukając źródła sygnału. Musiało ono być bardzo potężne, że kosmiczne sensory go wyłapały. Jednakże ku jego zdziwieniu nic nie widział. Postanowił sprawdzić planetę sektorami. Nagle zobaczył rozszerzający się jasny punkt na przedmieściach stolicy. Po 30 sekundach pojawił się alarm tym razem kontynentalny. Ku jego zdziwieniu fala rozszerzała się co raz szybciej. „Czyżby była jakaś awaria kolejnej elektrowni?” – zapytał sam siebie. Spojrzał na kolegów, ale oni niczego nie zauważyli.
- Chłopaki chyba mamy problem – w końcu powiedział na głos. Wszyscy spojrzeli na niego. Ich miny wskazywały, że myślą tylko o końcu zmiany – mamy bardzo silną falę energii, ale jej wielkość początkowa wygląda jakby była sztucznie wygenerowana...
Nikt nic nie odpowiedział. Zostało mniej niż pól godziny do końca zmiany trwającej aż całą dobę i nie chcieli zajmować się takim problemem na sam koniec. Aleksander chciał sprawdzić epicentrum powstania fali. Zaczął wydawać polecenia komputerowi. Z minuty na minutę komputer co raz dokładniej wskazywał miejsce początkowe.
Zawył kolejny alarm.
Tym razem to czujniki jądra planety poinformowały, że płynna część kryształu przyspieszyła obieg. Ale nie rozchodziła się zgodnie z ruchem fali energii, ale zaczęła wirować wokół punktu początkowego zakłócając tym samym normalny ruch. Aleksander postanowił jednak zareagować i napisał ponownie do Pana Moritza, że zarejestrowano dwie poważne anomalie, które satelity w żaden sposób nie potrafiły opanować.
Pan Moritz jak tylko wrócił z domu Tomasza musiał natychmiast napić się czegoś mocniejszego. Nigdy nie sądził, że będzie świadkiem zabójstwa, Sprawy zaszły tak daleko, że już jego autorytet nie wystarczył, aby zapobiec masakrze. Z drugiej strony przecież on sam pozwolił agentowi Lindorfowi użyć siły. Dopiero teraz zaczęła dochodzić do profesora Moritza groza całej sytuacji.
-Przeze mnie zginął młody człowiek – łkał. Nie mógł spojrzeć w swoje odbicie w lustrze – Jak mogłem to zrobić? – zapytał sam siebie, po czym uderzył głową w lustro. Chciał w ten sposób chociaż toszke ukarać ego, które popchnęło go tak złych czynłów. Lustro okazało się być mocniejsze niż przypuszczał. Rozbił taflę tak, że pęknięcia rozchodziły się promieniście. Jakiś mały kawałek delikatnie rozciął mu czoło. Pan Moritz nawet nie wycierając krwi poszedł do kuchni. Z początku chciał zrobić sobie krzywdę. Gdy już coś odpowiedniego znalazł, to jednak nie potrafił odebrać sobie życia. Klęknął na zimnej marmurowej podłodze. Bezsilny i zmęczony nie wiedział co ze sobą zrobić. W żaden sposób nie przypominał Profesora Moritza jakim jest na co dzień.<br?
Nadeszła wiadomość od jego dawnego studenta Aleksandra. Nie odczytał jej. Ale natychmiast wziął się w garść jakby tej próby samobójczej nie było. Szybko wrócił do łazienki i naprawił lustro poprzez funkcję „recovery”. Domowym laserem zagoił ranę. Cała czynność zajęła mu kilkanaście minut. Zupełnie stracił poczucie czasu. O obowiązkach przypomniała mu druga wiadomość. „Zapewne spóźniam się” pomyślał. Spojrzał na zegarek. Jeszcze miał czas, ale jak będzie tak dalej stał to na pewno spóźni się, bo do siedziby sztabu kryzysowego jest kawałek drogi. Przed wyjściem sprawdził skrzynkę. W pierwszej wiadomości Aleksander informował go, że satelity mogą nie wystarczyć do kontroli pogody. Podejrzewał, że może tak się stać. Kontrola będzie słabnąć z każdym dniem. Można tylko uśmierzać, odkładać to co jest przesądzone. Pan Moritz wziął kubek kawy i wychodził. Trzecią wiadomość odsłuchał.
„Szanowny Panie Profesorze zarejestrowaliśmy dwie anomalie. Pierwsza to fala nieznanej energii, która spowodowała alarm czujniku planetarnego. Nie długo potem przy strefie przejściowej pomiędzy płaszczem a ciekłym kryształem nastąpiła zmiana ruchu materii. Stał on się wirowy. Jest to wydarzenie lokalne, jednakże pozostała część materii porusza się tak jak być powinno. Pomiędzy nimi tworzy się tarcie, które może spowodować zmiany pogodowe i zjawiska takie jak trzęsienia ziemi czy lokalne wybuchy wulkanów”.
Pan Moritz przystanął na chwilę. Miał bardzo złe przeczucie. Przede wszystkim chodzi o te falę nieznanej energii. Przyspieszył znacznie kroku. Podejrzewał, że jest to preludium do katastrofy. Zaczął truchtać. Co raz bardziej docierało do niego, że ta niewinna wiadomość jest najważniejsza w ciągu całego dnia. Biegł jak oszalały. Pomimo późnego wieku nie brakowało mu sił. Przed placem głównym zauważył latające deskorolki. Do ośrodka nie wolno nimi wjeżdżać, ale tym razem każda sekunda była warta tyle co gram antymaterii. Wskoczył szybko na nią. Odepchnął się od podłoża i natychmiast wystrzelił na przód. Ktoś za nim krzyczał. Prawdopodobnie to była matka dziewczynki do której należała ta zabawka. Co chwilę zwiększał prędkość. Czasami miał trudności na zakrętach, ale teraz nie na bezpieczeństwu mu zależało. Należało sprawdzić co się stało w ośrodku w czasie jego nieobecności. Zaraz kończyła się zmiana i nowa zacznie pracę, ale zanim cokolwiek ogarnie to minie za dużo czasu. Zostało tylko 10 minut. Deskorolka szybko przemknęła przed drzwi wejściowe. Strażnik był bardzo zaskoczony widokiem Pana Moritza. Nie próbował go nawet zatrzymać.
- Panie profesorze, niech Pan uważa na ludzi – zdążył do niego krzyknąć.
Została ostatnia prosta. Profesor rozpędził się do granicy możliwości. Niestety z gabinetu wyszła starsza kobieta. Znalazła się dokładnie na środku przejazdu deskorolki. Nie miała żadnych szans na uniknięcie kolizji. Wiedział to również Pan Moritz. Nawet nie próbował reagować. Wpadł z ogromnym łoskotem w kobietę. Siła uderzenia była na tyle silna, że wyrzuciła ją na ścianę kilkanaście metrów dalej. Moritz również nie uniknął wywrotki. Jeszcze zdołał trzymać kierownicę gdy uderzał o ścianę. Jednakże zderzenia z podłogą już nie wytrzymał. Nagle zbiegło się bardzo dużo ludzi. Udzielali pierwszej pomocy poszkodowanym. Starsza kobieta straciła przytomność i musiała zostać przewieziona do szpitala, natomiast Pan Moritz szybko wstał. Tak działała na niego adrenalina. Otrząsnął się z szoku i natychmiast pobiegł do Aleksandra i jego kolegów.
- Zejdźcie mi z drogi – krzyczał
Zaskoczeni ludzie robili mu miejsce. Już miał wbiec na klatkę schodową gdy zatrzymał go lekarz.
-Panie profesorze jest pod wpływem szoku. Proszę usiąść – powiedział surowym głosem. Pan moritz jednak nie chciał tracić czasu. Próbował dalej biec, jednak lekarz zagrodził mu drogę. Próbował go odepchnąć.
-Próbuje ratować świat – krzyczał
-Zrobi sobie Pan krzywdę – odpowiedział mu lekarz spokojnym głosem – proszę uspokoić się.
-Nieee...
Profesorowi udało się wbiec na klatkę schodową. Tutaj był bezpieczny, ponieważ to jest teren ściśle zastrzeżony. Zaczęła strasznie boleć go noga. Ledwo idąc z grymasem bólu na twarzy dotarł do celu.
Jego pracownicy już zbierali się do wyjścia. Bardzo mocno zaskoczył ich widok poturbowanego szefa. Ten nakazał im gestem jeszcze zostać. Przyjęli to z niezadowoleniem, ale Pan Moritz nie zwracał na nich uwagi. Chciał wiedzieć co tu się stało. Bez zbędnych słów podszedł do hologramu planety i nakazał komputerowi pokazać jak wygląda problem. Tylko Aleksander był wyraźnie zestresowany. Wiedział, że coś dzieje, ale nie mógł określić dokładnie o co chodzi. Jego koledzy powoli przesuwali się w stronę wyjścia. Żaden z nich nie chciał robić nadgodzin. Pan Moritz badał dokładnie jak fala rozchodziła się. Jej głównym kierunkiem ruchu był dół. Natomiast okręg powiększał się zdecydowanie wolniej.
„Nie wiem co to znaczy – pomyślał profesor – obawiam się, że jest to jakaś naprawdę nieznana nam forma energii. Wygląda na to, że jej kierunek w dół nie jest przypadkowy. Jeśli dobrze myślę, to nasze krystaliczne jądro zadziało jak magnez. A to bardzo nie dobrze – wziął fotel i usiadł. Zasłonił oczy dłońmi. Ponownie przypomniał sobie śmierć brata Tomasza. Wyobraził sobie przestraszoną minę chłopaka gdy wiedział, że zadana rana jest na pewno śmiertelna. Otrząsnął się z tych myśli – Nie teraz nie ma na to czasu – powiedział w myślach. Obserwował jak półpłynny kryształ zaczął wirować – Czyli w miejscu gdzie dotarła fala nieznanej energii powstało coś co wymusiło ten ruch – Chciał podzielić się swoimi myślami z podwałdnymi, gdy zobaczył, że pracownicy działu zaraz będą wychodzić.
- Gdzie do jasnej cholery idziecie – wrzasnął. Niezwykle mocno zdenerwowało go ich zachowanie – Natychmiast wracać mi tutaj. Nie pozwoliłem wam wyjść!
Chłopaki niechętnie podeszli. Tylko Aleksander grzecznie czekał.
-Panie profesorze… - zaczął jeden z nich
-Nie pytałem Ciebie o zdanie Panie Xaeonie – przerwał mu Moritz – Sprawa jest bardzo poważna i wysłuchacie mnie co mam do powiedzenia – dodał wrogim tonem.
Tymczasem Xaeon jako jedyny postanowił zaprotestować. Całodobowa zmiana była bardzo ciężka i nie miał zamiaru składać broni. Cały czas ustawiał ręcznie kursy satelitów, ponieważ oprogramowanie nie mogło nadążyć ze zmianami panującymi na planecie. Wykonał tysiące działań. Wyszedł przed grupą chcąc przedstawić swoje stanowisko.
- Pracuję..pracujemy od 24 godzin i chcemy odpocząć – zaczął mówił podniesionym głosem.
- Dam wam odpocząć jak będzie możliwość – przerwał mu Pan Moritz.
-Idziemy do domu – Tym razem Xaeon nie pozwolił zakrzyczeć się – Jestem bardzo zmęczony, bo ten cholerny program nie działa w pełnym automacie jak nas szanowny profesor zapewniał – zrobił chwilę puazy. Być może myślał, że Pan Moritz coś powie, jednak ten tylko patrzył na niego – Sprawa komplikuje się i nie wiadomo kiedy się to skończy. O ile się to skończy...
-A ja myślę, że to się nie skończy – powiedział nagle Aleksander.
Pan Moritz postanowił zmienić taktykę. Wiedział, że człowiek zmęczony słabo pracuje. Jednak on też jest zmęczony a najwyższe szefostwo planety wymaga od cudów. Zwłaszcza Naczelna Admirał Floty Wojennej.
-Panowie zanim podejmiecie decyzję – zaczął wolno ciężko przy tym oddychając – możecie iść jak chcecie – zaczęli zbierać się, ale ponownie podniósł rękę – jednak co powiecie dowódczy floty wojennej? – zapytał, jednak żaden z nich nie próbował odpowiedzieć – dzisiaj byłem świadkiem zabójstwa dwóch osób. Jako pierwszy zginął brat osoby, której szukamy. A potem Antaria Skykiller zabiła swojego wiernego agenta za popełnienie trzech błędów. Jak myślicie co zrobi ta wariatka jak zlekceważymy ten problem, a potem on będzie miał kardynalne znaczenie dla losów tej planety? Zadaliście sobie to pytanie?
Pracownicy nic mu nie odpowiedzieli. W końcu Xaeon jako nieoficjalny przywódca tej chwilowej wolty usiadł w fotelu. Pozostali zrobili to samo. Pan Moritz patrzył badawczona nich tak przez krótką chwilę. Po czym zaczął burzę mózgów.
- Tak więc nieznana fala energii powstała na obrzeżach miasta stołecznego. Rozszerza się we wszystkich kierunkach, jednakże w dół robi to znacznie szybciej. Pytanie jest takie: czy chodzi o gęstość materii czy jest przyciągana przez kryształ – popatrzył się na ich zmęczone twarze.
-Myślę, że jest to problem drugorzędny – zaczął Aleksander – bardziej mnie by interesowało co było źródłem takiego wybuchu i czy ono powtórzy się?
-Dobre pytanie – odpowiedział Moritz.
-Musimy wiedzieć też gdzie jest epicentrum, dokładną lokalizację miejsca uwolnienia energii – powiedział Xaeon. Pozostali koledzy milczeli.
-Jeśli popatrzymy na dane to przedstawiają się ono następujące. Czujnik podziemny jest kilometr pod powierzchnią stolicy. Gdy odczytałem wyniki to fala miała jakieś 150 metrów średnicy, ale nie wiem jaka była prędkość startowa – powiedział Aleksander odczytując dane z komputera.
-Czyli musimy przeszukać wszystko co jest w promieniu 150 metrów. A to tylko 7 milionów ludzi. Pójdzie bardzo szybko – zakpił milczący do tej Artur.
- Dlatego trzeba to uściślić – Powiedział Pan Moritz nie zwracając uwagę na sarkazm ze strony Artura.
Artur jednak chciał pokazać swoje niezadowolenie. I nakazał komputerowi wyświetlić adresy. Hologram pokrył dosłownie całe pomieszczenie. Przeszukanie całego terenu zajęłoby im tygodnie. Komputer musiał ekstrapolować epicentrum.
XXI rozdział
[edytuj]Pan Moritz zorganizował więcej ludzi do pracy. Powiadomił admirał Skykiller o problemie. Pierwsza zmiana mogła w końcu odpocząć i została zwolniona po przekazaniu zadań. Na stanowisku pozostał tylko Aleksander. Czuł się odpowiedzialny, aby znaleźć dokładne epicentrum, co do metra. Punkt o średnicy 150 metrów był zdecydowanie za duży. Próbował obliczyć prędkość początkową, ale nie miał o co zaczepić się. Komputer długo analizował dane i w końcu wydał komunikat „obiekt nieznaleziony”. Pan Moritz tymczasem badał zachowanie ciekłego kryształu jądra planety. Materia cały czas wirowała wokół punktu początkowego o średnicy 150 metrów. Co gorsza cały czas poszerzała się. Szczęście w tym nieszczęściu polegał na tym, że znajdowali się na najstarszym kratonie na planecie. Miał blisko 5 miliardów lat. Był to solidny kawał skały. Przetrwał kilka cykli łączenia i rozpadu superkontynentów. Trzęsienia ziemi są tu rzadkie, ale jak się zdarzają to rujnują wszystko. Jednak jak przekonał się Pan Moritz anomalia zwalnia poszerzanie się. Być może nawet w pewnym momencie zatrzyma się i zostanie wchłonięta. Tego jednak nie wiedział. Martwiło go, że nie wie co było powodem powstania anomalii. Ten wybuch energii jest bardzo niepokojący, dlatego też ustalenie jego dokładnego epicentrum jest sprawą życia lub śmierci. Pan Moritz po raz któryś włączył hologram przedstawiający model wybuchu. Cały czas mruczał do siebie. W jego głowie była prawdziwa gonitwa myśli próbujących wyjaśnić wszystko. Z zamyślenia wyrwał go telefon.
-Panie Moritz za chwilę będę tam u was – odezwała się Skykiller – Proszę przygotować mi raport opisujący ten problem – gdy odłożyła słuchawkę jej rozmówca głoś westchnął. Dowódczyni będzie ich teraz cisnęła na wyjaśnienie anomalii, a oni sami mało wiedzą co się wydarzyło. Profesor otworzył program do pisania i zaczął pisać co się wydarzyło do tej pory
Czujniki planetarne i kosmiczne wykryły falę nieznanej nam energii. Jej średnica początkowa wynosi 150 metrów średnicy, maksymalnie 60 metrów wysokości od podłoża i 21500 metrów w głąb planety. Według naszej analizy jądro planety zadziało jak magnez. W sposób dla nas nie zrozumiały gdy tylko fala dotarła do warstwy przejściowej pomiędzy jądrem a płaszczem nastąpiła zmiana ruchu wirowego ciekłego kryształu. Materia od tamtej pory okrąża punkt początkowy wewnętrzy. Punkt początkowy ma 189 metrów średnicy. Wirująca materia natomiast 250 kilometrów. Powstające tarcie powoduje mikro trzęsienia ziemi. Tutaj profesor Moritz przestał pisać. Zdał sobie sprawę, że na serio nic nie wie. Wstał ciężko i podszedł do hologramu. Płynne jądro było ogromne. Zachowywał się jak silnik. A każdy silnik może być zatrzymany przez drobinę. Ale tutaj nic nie trzymało się kupy. Nikt tego nie rozumiał. Czas leciał, a rozwiązanie było daleko. Profesor patrzył cały czas na hologram, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Ta pustka frustrowała go co raz bardziej i bardziej. Popatrzył na swoich podwładnych. Analizowali dane, niektórzy wymieniali się poglądami. Na razie jednak nic z tego nie wynikało. Moritz wrócił do raportu dla admirał. Ponownie przeczytał go i stwierdził, że pierdzieli tam straszne głupoty. Mimo wszystko skończył go. Na koniec dopisał możliwe próby zbadania. Zaproponował, aby dostać się do jądra planety i z bliska zbadać anomalię. Równocześnie należałoby użyć satelitów do analizy. Można też spróbować zobaczyć co się stanie gdy infrastruktura kosmiczna przestanie ingerować w interakcję pomiędzy płynnym kryształem a anomalią. Obecnie satelity próbują wymusić na jądrze pochłonięcie „skazy”. I to był koniec raportu dla Skykiller.
Zaczął padać rzęsisty deszcz. Miasto dawno nie widziało takiej ulewy. Kontrola klimatyczna zapobiegała wszystkiemu co mogło by spowodować uszkodzenie infrastruktury miejskiej. Satelity, chociaż bardzo mocno zajęte, zaczęły zmieniać pogodę. Najpierw jedna, potem kolejne. Im więcej miały zadań tym mniej czasu poświęcały jądru planety. Uznały, że jest mniejszym priorytetem. Pan Moritz zwrócił na to uwagę. Nie wiedział dlaczego tak się stało. Nie wiedział czy jest to błąd oprogramowania a może celowe działanie systemu. Włączył program analizujący. Po chwili otrzymał komunikat, że ulewa jest bardziej niebezpieczna, bo może zupełnie zatkać system kanalizacji miasta i spowoduje to powódź. Jądro natomiast, w ocenie systemu, zachowuje się w miarę stabilnie. Anomalia rozszerza się, ale nie powoduje strat na powierzchni. Pan Moritz poprosił o wytłumaczenie tego aspektu. System wskazał, że kraton zapewnia stabilność kontynentu i w obecnej sytuacji nie ma potrzeby pilnej interwencji. Mężczyzna ponownie podszedł do hologramu. Może ta sytuacja nie jest aż tak poważna i powinni zająć się statkiem kosmicznym. Jego rozmyślenia przerwało wejście admirał.
Stała przez krótką chwilę w wejściu. Każdego omiatała wzrokiem. Dopiero gdy zauważyła pana Moritza podeszła do niego. Nie bawiła się w jakiejś ceregiele. Sprawiła wrażenie strasznie chamskiej osoby. Z nikim nie przywitała się. Nie okazywała zbytniego szacunku profesorowi.
-Panie Moritz – zaczęła oficjalnie – widzę, że znowu coś zrypało i mam nadzieję, że nie jest to Twoje zaniedbanie
-Szanowna Pani Admirał. Może nie wiesz, ale nie kontroluję planety tak jak sobie to pani wyobraża – odpowiedział sucho – po pierwsze ta anomalia jest bardzo świeża i prawdopodobnie nie jest związana ze statkiem kosmicznym – zrobił chwilę pauzy. Spojrzał na admirał ze złością – komputer uważa, że ta rzęsista ulewa jest bardziej poważna niż to co się dzieje w środku planety.
-A co jeśli komputer jest błędzie?
-No to zginiemy. Nie mniej jak na razie komputer podjął taką a nie inną decyzję – powiedział to tak jakby strofował niesforną uczennicę, po czym dodał – System uważa, że chroni nas kraton planety.
-Kraton?
-Jedna z najstarszych części skorupy planety.
-I tylko z tego powodu system zaniechał próby naprawy jądra?
-Na to wygląda
-Nie zezwalam na to – wszyscy na sali popatrzyli na nią. Nikt nigdy w ich obecności nie odzywał się do Pana Moritza. Admirałka była bardzo wzburzona tym co usłyszała. Problemy powinno rozwiązywać się na bieżąco, a nie gromadzić je w niewiadomym celu. Tak samo nie można pozwalać komputerom, aby decydowały za człowieka, bo mogą kiedyś uznać ich za wrogów i wybić. – macie zmusić komputer do likwidacji anomalii – wydała rozkaz.
Pan Moritz nie ruszył się z miejsca. To on wydawał tutaj rozkazy. Załoga czekała na to co on zrobi. Profesor znał jej poglądy o sztucznej inteligencji. On za to był jej szczerym zwolennikiem. Postanowił, że nie wykona jej rozkazu. Admirał również nie chciała poddać się.
-Nie ma mowy o zmianie systemy – w końcu odpowiedział na rozkaz – nie znamy dokładnego epicentrum wybuchu energii i w jaki sposób tak zadziałała na jądro – wszyscy mu przytaknęli. Altaria patrzyła na niego ze skrzyżowanymi rękoma – komputer tego zjawiska nie rozumie i my też.
Podszedł do hologramu. Wskazał na anomalię. Od czasu gdy tu przyszedł nie wiele zwiększyła swoją średnicę. Wskazał na liczby, a następnie podał jej raport. Powinien to zrobić na początku, ale emocje wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem. Admirał również popełniła ten sam błąd. Przeczytała raport dwukrotnie. Nic z niego wynikało oprócz danych podstawowych.
- Wygląda na to, że energia napędowa dla anomalii tak jakby wyczerpała – mówił ostrożnie Pan Moritz. Nie miał dowodów na to co mówił. To podpowiadało mu przeczucie. Admirał również podzielała tę opinię. Nie mogli wpaść na to, co spowodowało tę anomalię. Jeszcze lepiej byłoby gdy zaczęła znikać. Admirał i pan Moritz wpatrywali się w hologram. Anomalia na tle jądra wyglądała bardzo niewinnie. Rozmyślania nie przyniosły żadnej odpowiedzi. Wszyscy pozostali pracowali. Jeden z zespołów obliczał ilość wydzielonej energii. Aby wytworzyć ją należało zdetonować 0,00015 bomby neutronowej. Nawet najpotężniejsze elektrownie nie osiągały połowy tego co zostało wytworzone. Geolodzy badali stabilność kratonu. Na pewno nie uległ spękaniu. Aczkolwiek komputer wyliczył, że anomalia może spowodować przyspieszenie jego ruch po płaszczu w kierunku płyty oceanicznej płyty Tetydy. Finalnie miałby by powstać góry. Stało by się to za około 25-40 milionów lat. Inaczej sprawa wyglądała z płaszczem planety. Wyglądało na to, że stracił częściowo swoją dotychczasową jednorodność. Geolodzy podkreślili, że ta jednorodność powinna być rozumiana jako stan sprzed wybuchu. Wybuch może spowodować powstanie plamy gorąca. W konsekwencji w miejscu obecnego miasta powstanie kiedyś superwulkan. Zmieni to drastycznie strukturę kratonu. Z kolei astrofizycy sprawdzali czy fala uderzeniowa dotarła do tajemniczego statku kosmicznego. Dokładne obliczenia zajęły troszkę czasu. Zbytnio nie przejmowali się rozmową admirał z panem Moritzem poza kilkoma momentami.
-Czyli na razie wiemy czego nie wiemy – stwierdziła Altaria.
-Można tak śmiało powiedzieć – odpowiedział profesor
-No dobrze – wyjęła komunikator – powiadomię flotę o tym co wiemy – lekko zaśmiała się. Powtórzyła wszystko to co dotychczas zebrali. Admiralicja przyjęła to z pewną ulgą. Mogli zająć się próbą neutralizacji zagrożenia w przestrzeni kosmicznej. Zespół pana Moritza otrzymał zadanie monitorowanie anomalii. Mieli tez dołączyć kolejni specjaliści, ponieważ również musieli kontrolować pogodę na planecie.
-Epicentrum jest jakie jest i nic z tym nie poradzimy – powiedział profesor do Altarii
- Będziemy musieli przeczesać teren. Trzeba będzie znaleźć chociaż ślady, aczkolwiek według Twoich ludzi to był potężny ładunek, więc istnieje ogromna szansa, że otrzymamy na miejscu bardzo wyraźny wzór energetyczny.
- Też tak myślę – zgodził się z admirał – sugeruję, abyśmy zachowali jak największą dyskrecję – dodał – Ludzie i tak już bardzo mocno boją się, a nasi ludzie tylko wzmocnili by ten strach. Zapewne władze cywilne nie chcą mieć jakiś zamieszek. Dziwię, że nie ma żadnych niepokojów.
-Ale to jest tylko iluzoryczny strach.
-Trzeba to wziąć pod uwagę, że jak nie będzie w miarę sensowych odpowiedzi no to będzie problem ze społeczeństwem – Profesor popatrzył na hologram – sprawa anomalii ma pozostać tajemnicą. Nie rozszerza się lub mało co. Nie spowodowała pęknięcia kratonu, a plama gorąca może powstać ale nie musi…..
- O JASNA CHOLERA !!!! – krzyknął nagle niezauważany przez nikogo Aleksander. Był tak pochłonięty pracą, że nawet nie pisał żadnego raportu. Cały czas liczył coś na kartce papieru. Teraz szybko wstał z fotela. Ten upadł z łoskotem. Chłopak podskakiwał jak oszalały. Wymachiwał rękoma we wszystkie strony jak chciał, aby każda osoba na sali zwróciła na niego uwagę. To mu się oczywiście udało. Każdy patrzył na niego ze zdziwionymi, a u niektórych zniesmaczonymi minami.